maryjka blog

Twój nowy blog
W piątek nad Wrocławiem pokazały się niezwykłe chmury. Chmury typu asperitas, znane wcześniej jako undulatus asperatus, a w ogóle to znane nauce od niedawna. Przypominają wzburzone morskie fale, pod warunkiem, że człowiek sobie wyobrazi morze „do góry nogami” wiszące mu nad głową..
Przyznaję, że przegapiłam undulatusy asperatusy, zajęta zbieraniem wody z parapetu, wlewającej się do mieszkania przez nieszczelne okno.
 
Po piątkowej ulewie nie spodziewałam się, że jednak pójdę oglądać Perseidy – o poranku  niebo sobotnie nie zwiastowało. A jednak… Po telefonie od Andy’ego, który przypomniał, że to dzisiaj, zerknęłam jeszcze na prognozę pogody dla astronomów. Dla Wrocławia od 23 zapowiadały się wyśmienite warunki. No to się zebrałam i poszłam. Ubrać się ciepło, wziąć krzesełko turystyczne i jeszcze kocyk, karimata nie, bo za mokro.
Tuż przed 23 byłam na górce. Ludzi dość sporo. Rozłożyłam krzesełko, rozsiadłam się wygodnie i zaczęłam przemierzać wzrokiem nieboskłon. Księżyc akurat się wynurzał zza horyzontu…
Było mi smutno…
A przecież miało być miło, zabawnie i niezwykle. Tak jak w ubiegłym roku, kiedy w upalną noc leżałam na gołej ziemi, wypatrując spadających gwiazd i świetnie się bawiłam. Teraz… nie wiem, czy to pogoda czy coś innego, ale jakoś tak było ponuro… Zbyt wiele oczekiwałam? Za bardzo się nastawiłam?
A ładna  Perseida pokazała się moim oczom tylko jedna. Śmignęła przez niebo, kiedy już zbierałam się do odwrotu.
Sądząc po okrzykach, które docierały do mnie od czasu do czasu (o, zobacz, jaka ładna!), ludzie zobaczyli więcej. No cóż, taki mój los i mój pech (że strawestuję klasyka).
Za to upolowałam flarę irydium. O ile to była ona, ale chyba tak.
Z górki schodziłam już po pierwszej w nocy. Jako przedostatnia.
 
A dzisiaj upolowałam trzy kolejne flary, jedną po drugiej. Warunki pogodowe takie, że nie mogłam sobie odmówić ponownego pójścia na górkę (zwłaszcza że alternatywę stanowiło tłumaczenie). Na górce ciepło, pachniało sianem, dziś znowu poczułam się tam dobrze.
Niezidentyfikowany obiekt latający zawieszony tak nisko nad zachodnim horyzontem (w okolicach lotniska) po bliższym zbadaniu okazał się samolotem. Duma z prawidłowej identyfikacji obiektu miesza się z rozczarowaniem.
Zagwozdkę (i w dniu Perseid, i dzisiaj też) stanowiło też coś świecącego na południu, tak w połowie wysokości nad horyzontem. Na Antaresa za wysoko i w dodatku zupełnie inne światło. Długo nie mogłam rozgryźć, co to takiego, bo przecież tam nie powinno być nic tak wyraźnego, dopóki sobie nie przypomniałam, że istnieje coś takiego jak Saturn. Niby planeta melancholików, a tak naprawdę wcale nie wygląda groźnie. Raczej ciepło i poczciwie.
Jutrzejszą poranną koniunkcję Księżyca z Aldebaranem mam zamiar sobie darować, ale w sobotę… w sobotę kto wiem, może zerwę się o czwartej oglądać koniunkcję Księżyca i Wenus – którą Polski Astrobloger zapowiada jako zjawiskową. Dośpię potem.
 
 
Wczoraj uznałam, że przecież coś mi się od Życia należy, i poszłam na krewetki. Życie, przeciwnie, uznało, że nic mi się od niego nie należy, i za próbę wymuszenia  zrewanżowało się paskudnym bólem żołądka oraz ładnym snem o Myszce. Sen się prześnił, ból żołądka trwa drugi dzień.
Paskudne, niedobre Życie. Nie lubię cię.
 
PS A przedwczoraj zapomniałam o częściowym zaćmieniu Księżyca. Kiedy wieczorem wyszłam pogapić się na niebo, tak sobie, bez wyraźnego celu do uchwycenia, był już prawie całkiem „odćmiony”. A wystarczyłoby wyjść godzinę wcześniej…
Paskudne, niedobre Życie.  Mogłoś mi przecież przypomnieć. Ech, nie lubię cię.
Moje częste spotkania trzeciego stopnia
 
 
Podniosłam głowę znad tłumaczenia…
Nie kłam, nie tłumaczyłaś, film oglądałaś na komputerze.
No dobrze, film oglądałam, odcinek serialu hiszpańskiego.
No więc podniosłam wzrok znad monitora, i przeniosłam na niebo… a tam łuna. Złocisto-oranżowo-purpurowa łuna.  Zachód słońca.
Laura Lebrel rozwiązująca El misterio del número 17 od razu stała się mniej interesująca, zwłaszcza że już ten odcinek widziałam (swoją drogą rtve zrobiła mi świństwo, ograniczając dostęp. Dwa sezony El Ministerio del Tiempo obejrzałam bez najmniejszych przeszkód, przy trzecim nagle Este video no es disponible en su territorio. Paskudni, krzywda by się stała, gdybym sobie en mi territorio obejrzała i trzeci sezon? Oraz ten serial o Elżbiecie Tudor i Marii Stuart, także indisponible.  Doprawdy czuję się urażona).
Wyszłam na balkon podziwiać. Było to tak pięknie, że aż bolało. Dlaczego widok zachodu słońca zawsze boli?
Od razu przypomniał mi się Statek pijany;
…Jutrznie są bolesne,
srogie – wszystkie księżyce, gorzkie – wszystkie zorze.
Widocznie tak już musi być.
Muszę, muszę wreszcie upolować porządny zachód słońca na górce Pafawag. Bo z balkonu nawet nieźle widać gwiazdy, ale słońca zachodzi mi za drzewa i cała „kwintesencja”  tegoż zachodu pozostaje za zasłoną zieleni i sąsiednim blokiem. Żeby wstać od biurka i pognać na górkę, potrzebuję kwadransa, a jeszcze lepiej 20 minut. To trochę mało, bo cały spektakl trwa koło 10 minut. Cóż, trzeba obserwować chmury, bo to ich obecność przy pogodzie jest gwarantem widowiska. I  jak się tylko lekko zaróżowią, od razu lecieć na górkę. Może się kiedyś uda? Może jak zachowam czujność, kiedyś dolecę na ostatni akt.
 
Letnie gwiazdy – odświeżyłam stare znajomości, z owych zidentyfikowałam ładny kawałek Wężownika. To dzięki Saturnowi, który akurat w tym Wężowniku siedzi. Oglądam je bez ubiegłorocznego napięcia. Już nie usiłuję dopasować każdej gwiazdy do gwiazdozbioru. Po prostu przyglądam się, bo są ładne. Ale czasami wraca ta dawna chęć nazwania każdej gwiazdy po imieniu, umieszczenia na właściwym miejscu w gwiezdnym schemacie. I wtedy robi mi się smutno, że nie umiem i że nigdy się nie nauczę.
 
Widziałam też piękny Księżyc, już mocno garbaty. Przesłaniały go drobne chmury. Przesuwały się po niebie, ale kiedy popatrzyłam przez lornetkę, miałam wrażenie, że one stoją, a Księżyc płynie. Wielka, świetlista bania, wypełniona srebrzystym światłem.
 
Z ISS prawie się zaprzyjaźniłam. Ona jest taka śliczna.  Od tamtej zimowej nocy, kiedy wylazłam z domu na mróz, poza lornetką uzbrojona we wszystkie możliwe mapy nieba i ściągi, żeby o raz pierwszy zapolować na Międzynarodową Stację Kosmiczną, usatysfakcjonowana sukcesem, na który tak naprawdę nie liczyłam bo mi się wydał niemożliwy, na długi czas o niej zapomniałam. Aż wyczytałam u Polskiego Astroblogera, że 28 lipca gratka prawdziwa – dwa przeloty, doskonale widoczne, leci ISS, a za nią Sojuz MS-05 z nową załogą i podczas drugiego przelotu one się, proszę państwa, łączą (to się nazywa dokowanie) , w celu wymiany załóg. A wszystko to, proszę państwa, latem, w piątek i wcale nie o jakiejś upiornej godzinie typu czwarta nad ranem, w dodatku przy maksymalnej jasności stacji -3,7 i -3,6. Wypadało obejrzeć. Uznałam, że balkon wystarczy, bo ISS lata z zachodu. Z lornetką w dłoni,  o 22:15 CEST tkwiłam na posterunku, omiatając wzrokiem zachodnie  niebo. Jest! Leci, świeci, sunie z zachodu na wschód, ale tylko jedno. O 23.50 CEST ponownie na posterunku. Jest! Znowu leci, znowu świeci, ale znowu tylko jedno. Szkoda, a tak chciałam zobaczyć, jak się łączą, a potem kosmonauci przełażą z jednego statku na drugi, ciągnąc za sobą walizy na kółkach).
Następnego dnia polazłam na Astroblogera, poczytać dyskusję i dowiedzieć się, co inni widzieli. Jedno czy dwa? Okazało się, że przy pierwszym przelocie dwa, ale Sojuz był bardzo słabo widoczny. Mogłam nie zauważyć, wgapiona w ISS; w mieście mogło go zwyczajnie nie być widać. Przy drugim przelocie wszyscy widzieli tylko ISS, bo… bo Sojuz dokował 7 minut wcześniej, niż zapowiadano. Czyli mogli to sobie obejrzeć Niemcy, a Polacy już nie (nie, nie podejrzewam spisku, chociaż kto wie…).
Ale po tym spektaklu nabrałam sympatii do ISS i oglądam ją prawie codziennie (póki można, akurat sierpień to czas jej dobrzej widoczności i w przyjaznych godzinach. Ona jest śliczna. taki wielki świetlik, sunący bezgłośnie po niebie. I taka niezawodna, zawsze się pokazuje o zapowiedzianej godzinie (najczęściej wychodzę na balkon pięć minut wcześniej i już jestem zrezygnowana, że proszę, tym razem się nie uda, coś pokręciłam albo stacja pokręciła, i kiedy już mam schodzić z posterunku, nagle… widzę, jest). Wyłania się… no właśnie się nie wyłania zza horyzontu, tylko nagle rozbłyska na niebie, już tak w środkowym kawałku, czasem trochę wyżej, czasem trochę niżej. Nie było w tym miejscu światełka, a teraz jest. czary. Nie znika też za horyzontem, tylko znika nagle, nadal na wysokim niebie, jakby nagle zgasła, albo jakby w ułamku sekundy rozwiała się w nicość. Wczoraj wyglądało to szczególnie zabawnie, sunęła dość nisko, w pewnym momencie wleciała za ogromny słup wysokiego napięcia i już za niego nie wyleciała. Coś ją za tym słupem zjadło.  Swoją drogą wczoraj wcale nie poszłam na obserwacje, tylko na zwyczajny spacer i zobaczyłam ja na niebie zupełnym przypadkiem. Ale to była ona, naprawdę. Po pierwsze rozpoznałam, po drugie po powrocie do domu sprawdziłam na rozpisce godzinę przelotu. Zgadzało się.  
 
 
A w Godzinkach księcia de Berry  żniwa. Pod białymi murami Étampes z zamkiem, którego jedna wieża zachowała się do dzisiaj,  pole ze zbożem, przecięte ścieżką biegnącą od miejskiej bramy prosto do rzeki. Na prawo od ścieżki jeszcze trwa kośba – jeden mężczyzna kosi, a drugi wiąże snopy. Na polu po lewej stoi wóz zaprzężony w dwa konie, załadowany już prawie do pełna, ale mężczyzna jeszcze się schyla przy kolejnej kopce, żeby dołożyć. Ścieżka od bramy w murach prowadzi prosto do rzeki. Na ścieżce nikogo, z to nad rzeką…Na brzegu siedzi postać, z nogami zanurzonymi w wodzie. Jest naga, obok leży rzucona niedbale szafirowa suknia. Zaraz wejdzie do wody, zanurzy się cała. Dalej po prawej, już na skraju kompozycji, druga postać, gramoląca się z wody po kąpieli. A w wodzie dwaj pływacy – jeden grzbietowym, drugi na brzuchu – wyglądają dość pokracznie (szczerze mówiąc niezbyt się artyście udali). Na pierwszym planie łąka i droga, którą od lewej do prawej ciągnie kawalkada jeźdźców – towarzystwo wytwornych kawalerów i dam wyprawia się polować z sokołami. W górze, w półłuczu Helios niestrudzenie przemierza nieboskłon, na lewą częścią świata czuwa jeszcze Lew, nad prawą już Panna. Lato, lato w pełni, pełnia lata.
 
 
 
W miarę napływania kolejnych pakietów zdjęć z Islandii, dokonuję coraz to nowych poprawek we wcześniejszych wpisach. Bo ludzie rozsądnie pofotografowali tabliczki informacyjne, dzięki czemu wiem już na pewno, jak się co nazywało. Początkowo chciałam zrobić jedną notkę z erratą, ale potem stwierdziłam, że to bez sensu – opisywać, że tu mi się pomyliły krzyżyki i źle coś umiejscowiłam, a tu znowu pomyliło mi się coś innego, więc po prostu zaczęłam wymazywać i nadpisywać. Mały wyjątek zrobiłam dla Skaftástor-Fjarðrárgljúfur, uznając, że tej pomyłce należy się tłumaczenie, ale i tak wkleiłam je w notkę z dnia 3 w formie post scriptum.
 
Ale jedno uzupełnienie stanowczo zasługuje na osobną notkę, więc piszę.
Reykjavik i jego rzeźby, które jakoś beztrosko pominęłam i dopiero zdjęcia Moniki (wśród których jest też jedno absolutnie paskudne, jak się gibam na tej belce przy Glymurze), uświadomiły mi, co pominęłam.
A przecież przed ratuszem stoi piękny posąg anonimowego biurokraty. W dodatku to ja pierwsza odkryłam nierzucającą się zbytnio w oczy tabliczkę, dzięki której mogliśmy się dowiedzieć, kogo przedstawia ta rzeźba wyobrażająca faceta w garniturze i z teczką, który zamiast głowy z twarzą ma na ramiona nasadzony wielki, gładki kamienny sześcian.
A w ratuszu w jednym z pomieszczeń rzeźba kobiety na klęczkach – sprzątaczka myjąca podłogę.
A przed parlamentem – i głównie dla tej rzeźby jest osobna notka-errata – Svarta Keilan, po angielsku The Black Cone, a po naszemu Pomnik Obywatelskiego Nieposłuszeństwa. Dzieło hiszpańskiego artysty Santiago Sierra, upamiętniające islandzkie protesty z lat 2008-2009. Dzieło ma formę wielkiego bloku skalnego, z wbitym od góry czarnym stożkiem (to podobno aluzja do stożkowantch kapeluszy, do jakich noszenia zmuszała skazańców inkwizycja), który to stożek rozłupuje ów kamień na pół. Na jednej połowie, na tabliczce napis po islandzku i po angielsku, cytat z francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, ale nie z tej pierwszej z sierpnia 1789, tylko z tej jakobińskiej Konstytucji Roku I ( po naszemu jest to 1793):
 When the government violates the rights of the people, insurrection is for the people and for each portion of the people the most sacred of rights and the most indispensable of duties. (po naszemu: Kiedy rząd gwałci prawa ludzi, powstanie jest dla ludzi i dla każdej cząstki ludzi najświętszym i najkonieczniejszym z praw – taki przekład znalazłam; w porównaniu z wersją angielską nie jest najwierniejszy, bo tam na końcówce jest mowa o najkonieczniejszym z obowiązków, ale nie wiem, jak się to ma do francuskiego oryginału.
 
Zainspirowana hasłem, choć mi się cholernie nie chciało, uzbrojona w Konstytucję RP (kupiłam), światełko i parasol (na wszelki wypadek) wczoraj wieczorem znowu wyszłam z domu i pomaszerowałam pod Pręgierz.
Ludzi było mniej niż poprzednio, za to flag więcej. Naszych, unijnych, a jedna nawet tęczowa. Fajnie. Ja oczywiście flagi nie miałam, bo nie posiadam.
Atmosfera trochę radosna, trochę niepewna, bo nie wiadomo, na ile wygraliśmy i czy na pewno wygraliśmy choć trochę i co tu dalej robić… Znowu Mój dom murem podzielony… (miasto, o którym powiada piosenka, niebawem będzie świętować trzydziestą rocznicę obalenia muru, który je dzielił; ale może Arahja i tak lepsza, bo bodaj w Gdańsku  śpiewano Mury Kaczmarskiego – to jest dopiero stosowny hymn) i Jeszcze będzie przepięknie… i Oda (ta nawet wyszła niezgorzej).
Wystąpienia…niektóre lepsze, niektóre gorsze, ale generalnie sensowne i trzymające poziom do momentu… do momentu, dopóki na scenę nie weszły jedna po drugiej trzy kobiety. Jedna przemawiała napastliwie, druga histerycznie, trzecia – pozująca na luzaczkę – kretyńsko (czytałam w internecie relację z całości wydarzenia – wszystkie trzy zostały mocno złagodzone, wręcz ocenzurowane). No dobra, nie będę się mądrzyć, ale jedna rada – jak jest dobre nagłośnienie, to wywrzeszczenie całego przemówienia prosto do mikrofonu jest wręcz niewskazane. Po tych paniach wystąpił jeszcze pan – pan muzyk, który wszystkim manifestacjom zapewniał podkład muzyczny. Teraz został oderwany od klawiszy i poproszony, aby wyszedł się pokazać. Nie wiem, czy jego wystąpienie faktycznie było spontaniczne, na jakie wyglądało, czy też wszystko zostało wcześniej umówione i mowę spisał sobie na kartce i wykuł na pamięć. Nieważne, powiedział najmądrzej i najpiękniej ze wszystkich uczestników.
Jak już się to całe zgromadzenie obywatelskie rozwiązało, podeszłam do niego i powiedziałam mu, że w moim przekonaniu, to on najpiękniej i najmądrzej. Wzruszył się.
- Pani słowa zapamiętam do końca życia.
Mam nadzieję, że od tej pory on też będzie się we mnie podkochiwał.  Choć na pewno nie zadzwoni. Numeru nie dałam. Nie poprosił.
 
 
 
Dziewczyna stojąca obok mnie nie dość, że była młoda i śliczna, to jeszcze miała na ramieniu piękny, delikatny tatuaż, z wyobrażeniem ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Od razu zapragnęłam takiego samego i przez chwilę bawiłam się myślą, że idę go sobie zrobić (tak, a potem może jeszcze różę w pachwinie, co?). Ta sama dziewczyna swobodnie i bez ściągi odśpiewała wszystkie trzy zwrotki Ody do radości, czym mnie bardzo zawstydziła, bo znałam tylko jedną. Zmotywowana, na kolejny protest szłam mając Odę wykutą na blachę i mogłam równie swobodnie pociągnąć aż do ostatnich wersów:
Wstańcie, ludzie, wstańcie wszędzie, ja nowinę niosę wam,
Na gwiaździstym firmamencie bliska radość błyszczy nam.
Co prawda nie wiem, w jaki sposób moja znajomość strof Schillera w niezbyt udanym przekładzie Gałczyńskiego miałaby uratować monteskiuszowski trójpodział władzy i niezawisłe sądy, ale niech tam.
 
W piątek podążałam pod Pręgierz lekko spóźniona i od strony Placu Solnego. Więc kiedy wkroczyłam na Rynek i objęłam dwie pierzeje, poczułam się lekko zaniepokojona. Rynek był pełen ludzi… przechadzających się, siedzących po kawiarni z drinkami, przyglądających się żonglerom puszczającym pod niebo fioletowe światełka. Dopiero kiedy  podeszłam bliżej zobaczyłam ten tłum z flagami, białymi różami, światełkami, egzemplarzami konstytucji. Dwa zupełnie odrębne światy, tak blisko siebie, a zupełnie się niewidzące. Wiem, to zbyt daleko idące porównanie i w końcu każdy ma prawo spędzić weekendowy wieczór pijąc drinka, ale miałam skojarzenie z ową karuzelą na Placu Krasińskich.
 
Nie wszystkie hasła potrafiłam wyskandować, bo nie wszystkie do mnie trafiały. „Wrocław twierdzą demokracji” – coś w tej twierdzy tylko garstka obrońców. „Obronimy demokrację” – skąd tyle optymizmu? nie obroniliśmy przy urnach, to i pod pręgierzem też nie obronimy. I tak dalej, i tak dalej. Smętne zawodzenie o „moim domu murem podzielonym” i  że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”, tudzież, że „wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”.  Śpiewać też nie umiesz, kochany narodzie. Ze sceny padały czasami słowa mądre i głębokie, a czasem naiwne i niezbyt przemyślane. Chwilami było podniośle, chwilami przaśnie, chwilami radośnie niczym na pikniku, a przecież nie ma się z czego cieszyć. A potem się rozeszliśmy, a Senat przegłosował…
 
Wczoraj była powtórka. Te same hasła, te same pieśni, te same słowa… ten sam skutek? Gromko brzmiące żądania „veto, veto veto”. Zawetuje? Ech, nie zawetuje.
 
Na zakończenie spotkała mnie niespodzianka. Postanowiłam się przywitać z jednym z mówców, którego kiedyś znałam. Podeszłam nieśmiało, przedstawiłam się, podałam okoliczności, kiedy się poznaliśmy, żeby mu ułatwić.
- Nie wiem, czy mnie pamiętasz.
Na jego twarzy radość.
- Maryjka, oczywiście, że pamiętam. Co u ciebie? Słuchaj, musimy się spotkać, wypić kawę, porozmawiać.
Zaczęłam nerwowo grzebać w torebce, w poszukiwaniu kartki i długopisu, bo przecież wizytówek, w które zaopatrzyła mnie firma, jeszcze nie nauczyłam się nosić. Ludzie wciąż podchodzili, prosili o zdjęcia z nim. Nie chcą przeszkadzać, usunęłam się na bok. Wreszcie dogrzebałam się długopisu i na ostatniej pustej stronie, wyrwanej z egzemplarza Weź moją duszę Yrsy Sigurdardóttir (tak, jestem na etapie islandzkich kryminałów) zabranego do czytania w tramwaju, zaczęłam pisać mój numer telefonu i adres mailowy.  Na boki się nie rozglądałam, po głowie mi chodziło, że właściwie niepotrzebnie to robię, bo on już pewnie poszedł albo też tłum tak nim zawładnął, że się nie docisnę. Ale nie, czekał, sam podszedł do mnie:
- Na pewno się odezwę. Przyślę ci SMSa, żebyś miała mój numer telefonu, i potem się umówimy.
A potem jeszcze przywołał takiego jednego przystojnego:
- Poznaj Maryjkę. Kiedyś podkochiwałem się w niej.
No patrzcie państwo, podkochiwał się we mnie. Nie całkiem było to dla mnie niespodzianką. Oczywiście nie kochał, ani nawet nie podkochiwał, ale pamiętam, że wtedy, dokładnie trzydzieści lat temu, czasami wydawało mi się, że mu się podobam.
Tym to sposobem przeszłam do historii. Mam nadzieję, że przyszli badacze to uwzględnią,  że w jego monografii znajdzie się miejsce i dla mnie. Przecież wyznał, że mnie kochał, i to przy świadku (szkoda, że nie zapamiętałam nazwiska przystojnego, żeby go zawezwać, jakby co).
Odpowiednio romantyczną scenę pożegnania, kiedy to ojczyzna go wezwała, na wszelki wypadek napiszę sama (bo jak tego nie zrobię monografista mógłby zgodnie z prawdą podać, że niczego takiego nie było).  
Powiedział mi: Nie mógłbym cię tak kochać, gdybym nie kochał bardziej honoru.
Wróć, żaden cytat z Anglika tu nie pasuje.  
Pożegnał mnie słowami, jakimi każdy rodak-patriota żegnał swoje  Bywajdziewczęzdrowe:
Pamiętaj, żeś Polka, że to za kraj walka,
Niepodległość Polski to twoja rywalka.
 
Zawetuje? Ech, nie zawetuje.
 
Zadzwoni? Ech, nie zadzwoni. I lepiej niech nie dzwoni, wolę nie siedzieć z nim przy kawie i nie zdradzać zawstydzającymi lukami w wiedzy politycznej.
 
A swoją drogą, gdzie ja podziałam Konstytucję RP. Przecież miałam, miałam na pewno.
 
A z zupełnie innej beczki, obejrzałam Dunkierkę. Nie chwyciła za gardło aż tak, jak zapowiadał zwiastun, ale jednak. A ja jęczałam przy przechodzeniu bosą nogą przez rzekę, w której woda, co z tego, że lodowata, sięgała mi kostek… 
Druga ćwiartka Brennívin też poszła. Odkląskałam po raz kolejny, że och, ach, Islandia cudna, ja zakochana, teraz planuję trekking stąd dotąd… Wysłuchał cierpliwie.
Jeszcze oglądam zdjęcia, które kochani grupowicze pakują na dysk google. Jak dotąd wrzuciły dwie osoby. Chwilami sobie myślę że może nawet byłoby lepiej, żeby reszta nie wrzuciła, bo nigdy stamtąd nie wyjdę.
Jeszcze co chwila rozkładam mapkę o wodzę palcem od krzyżyka do krzyżyka. Jeszcze kartkuję album i przewodnik.
A trzeba powiedzieć sobie: dosyć. Pozbierać mapy i pocztówki, schować z widoku, pozamykać pliki. Wrócić do RZECZWISTOŚCI, na którą składa się katalog i tłumaczenie, sama nie wiem, które gorsze. RZECZYWISTOŚĆ jest wstrętna, obrzydliwa. W dodatku na prywatną nakłada się polityczna – nieporównane obrzydliwsza i wstrętniejsza.
 
Dopiero teraz zauważyłam, że tytuł „dzień po” ma kontekst polityczny. 
 
Mocno mnie wymęczyło spisywanie tej litanii:
Wodospad – piękny
Lodowiec – piękny
Krater – piękny
Wulkan – piękny
Rzeka – piękna
Łąka – piękna
Wszystko – piękne.
 
Ale chciałam utrwalić, zapamiętać. Trzeba zapisywać, jak się okazuje. Dziś wróciła z urlopu moja szefowa. Zaczęła opowiadać. Sibenik – Trogir – Dubrownik – Split – Korfu. Ty, oczywiście, widziałaś – do mnie.
Widziałam – przytaknęłam odruchowo. A potem zaczęłam się zastanawiać. Czy ja aby na pewno widziałam? Dubrownik i Split – tak, ale Sibenik i Trogir? Korfu na zdjęciach wydało mi się obce. Nie, chyba nie widziałam. Ale przecież byłam ja Wyspach Jońskich. Po powrocie do domu sięgnęłam do książeczki żeglarskiej. Sibenik – tak; Trogir – nie. Korfu – nie. No właśnie, na pamięci nie ma co polegać – trzeba zapisać. To męczy, ale za to jak miło będzie się czytało kiedyś, kiedy już człowiek przestanie podróżować.
 
Islandia – piękna.
Wszystko – piękne.
 
Ale jak zapisać te wszystkie krajobrazy, te miejsca, które nie są atrakcją turystyczną, koło których się przejeżdża, które zwyczajnie są, nienazwane?
Te wielkie przestrzenie. Pola lawy, płaskie, usiane wielkimi głazami, albo drobnymi kamyczkami. Czarne, szare, zbrązowiałe, zrudziałe. Albo porośnięte mchami, więc zielone czy srebrzyste. Takie łagodnie falujące pola mchów, ciągnące się po horyzont.
Te rzeki, rzeczki, strumienie, strumyki, ruczaje. Meandrujące swobodnie po łąkach albo uwięzione w sztywnych skalnych korytkach.
Łąki pełne jaskrów, kaczeńców, falujące pola łubinu.
Góry, łagodne, zielone, z brązowymi, skalistymi czubkami, z wielkimi głazami turlającymi się ze szczytów i zastygłymi gdzieś na zboczu w połowie drogi. Góry pozbawione zieleni, wyższe, ostrzejsze. Góry nakryte lodowymi czapami. Góry, które zdają się dymić ze zboczy – a to kolejne ciepłe źródełko paruje. Góry, z których prawie każda ma „swój” wodospad, a czasami nawet i dwa. Samotne góry sterczące absurdalnie w środku absolutnie płaskiego terenu.
Łagodnie opadające wybrzeża, ostro sterczące klify.
Chmary ptaków.
Owce, tak niepodobne do wypasionych, leniwych angielskich. Islandzkie przypominają raczej wychudzone psy. I nie chodzą wielkimi stadami – trzymają się w małych, „rodzinnych” grupach. I są takie uparte i niezależne.
Drzewa – a nie, drzew tam nie ma wcale. Nigdy nie przypuszczałam, że nie będzie mi brakowało drzew w krajobrazie.
Te… dosyć, bo zaraz się rozpłaczę.
 
Po powrocie do domu wyczytałam w przewodniku, że w Islandii też są firmy organizujące trekking metodą, jaką przeszłam Wał Hadriana, czyli człowiek idzie, a bagaż jedzie. A jak przeczytałam, to zaczęłam szukać, bo mi się lampka zapaliła. Trekking przez Laugavegur Trail – 56 kilometrów, z Landmannalaugar do Þórsmörk, w większości po płaskim, albo po łagodnym, żadnych ostrych wspinaczek, żadnych przepaści, parę rzek do przejścia w bród – przejdzie się, a co. Poszukiwania były żmudne. Owszem, od razu wyskoczyło mnóstwo stron, mnóstwo opisów tych, którzy przeszli, ale… – wszyscy z namiotem i plecakiem, dźwiganymi na własnym grzbiecie. Czyli nie dla mnie, choć przez moment rozważałam nawet wynajęcie indywidualnego tragarza-przewodnika. Ale się zaparłam. Zaparłam i znalazłam. Dwie islandzkie firmy, które to organizują sposobem, o który mi chodziło (bagaż jedzie). Nie całkiem jest to tak jak w Anglii, bo idzie się grupą z przewodnikiem. A śpi w chatach albo namiotach (już wybrałam chatę). Chaty dość prymitywne, zdaje się, że w jednej nie ma elektryczności, ale to się dopiero doczyta. A, w jednej chacie nie ma wody – topi się śnieg. Wieczorem przewodnik (przy pomocy chętnych) przygotowuje gorący posiłek, rano śniadanie). Tak, to jest to.  5 dni marszu, 4 noce w tych chatach, różnica wzniesień, którą trzeba pokonać – 600 metrów, idzie się, w zależności od dnia 4 do 5 albo 6-7 godzin. Przez rzekę w bród nie przechodzi się tylko dnia pierwszego – w pozostałe co najmniej jedna dziennie. Człowieka odbierają w Reykjaviku spod ratusza, i tamże odwożą (a za dodatkową opłatą mogą odebrać i z hotelu po drodze). Przecież ja to zrobię. Co prawda początkowo powaliła mnie cena, którą sobie przeliczyłam na złotówki według jakiegoś absurdalnego przelicznika, i wyszło mi 50 tysięcy. Ale jak już przeszłam na przelicznik „prawdziwy” to niewiele ponad 7, co w porównaniu z poprzednim liczeniem nagle wydało mi się niesamowicie tanio.
Ja to zrobię. Jeszcze się nikomu nie przyznawałam, ale ja to zrobię. Taki mam plan. Życie zweryfikuje. Jak zwykle.
 
Ostatnia islandzka próba odbyła się już po powrocie. Picie Brennivín. Kupiłam pół litra, z czego po imprezie z L. zostało mi pół butelki. Czyli przez cały wieczór zdołaliśmy wypić ćwiartkę na dwoje. Więcej, słowo daję, się nie dało. To jest kminkówka (ja kminku nie znoszę, ale L. lubi – też nie dawał rady), przy czym poza kminkiem czuje się jeszcze coś – anyż może? W każdym razie nigdy więcej Brennívin. Nigdy więcej Czarnej Śmierci.
 
Czekoladki w pracy pożarli, a jakże. Z chipsami z suszonej ryby było gorzej. Każdy grzecznie spróbował po jednym i powiedział, co o tym myśli. Torebka z chipsami przeleżała się kilka dni na stoliku śniadaniowym – czekając na powrót z urlopu szefowej i jeszcze jednego kolegi. Potem miała zostać wyrzucona. I tu kolega sprawił mi niespodziankę, bo powiedział, że jemu to smakuje. Osobiście dopilnowałam, żeby zaraz włożył rzecz do torby, żeby przypadkiem nie zapomnieć zabrać jej do domu. A że kolega akurat w trakcie rozwodu i ma inne domowe kłopoty, więc kiedy radośnie zakomunikowałam L., że wiesz jemu to smakuje, on to weźmie, L. popatrzył na mnie z namysłem:
- Słuchaj, a może on ma trudności finansowe i chodzi głodny?
 
27 czerwca, środa
 
Dzień powrotu, według planu przewidywał tylko wykwaterowanie i kąpiel w Błękitnej Lagunie. Wzbogaciliśmy go tylko o jeden punkt.
Rano pandemonium pakowania, upychania bagaży indywidualnych we wspólnych worach, mycia naczyń po śniadaniu, sprzątania domu, który trzeba było jakoś ogarnąć. I spieszyć też się trzeba, bo wstęp do Błękitnej Laguny zarezerwowany na 10.
Dojechaliśmy leciuteńko tylko spóźnieni.
Błękitna Laguna. Znowu kąpiel w źródłach geotermalnych, ale takich „ucywilizowanych”. Więc najpierw szatnia, bransoletka na przegub, którą się koduje szafkę, natryski. A potem już można włazić do wody, która nie jest błękitna, raczej mlecznoniebieska. Można sobie leżeć w tej wodzie, można obłożyć sobie twarz i szyję białym mazidłem, które się bierze z takich pojemników na „wyspie” na środku basenu. Można się też wysmarować mazidłem zielonkawym, ale to jest płatne (cena „kodowana” jest na bransoletce). Ale po co zielone, skoro białe też czyni człowieka pięknym, poprawia cerę, redukuje zmarszczki, zamyka pory, niweluje trądzik i odmładza.
Powiem tak: atrakcją to wszystko niewątpliwie jest, ale dla mnie osobiście ta atrakcja trwała nieco za długo. Ja bym wylazła po godzinie, a my siedzieliśmy chyba ze trzy. Tym razem nie było możliwości odłączyć się od grupy i zwiedzać indywidualnie, bo po wyjściu z wody mogłam się co najwyżej udać na parking. Po drugie na wstępie zrobiłam błąd – nie zabrałam z samochodu pieniędzy. Gdybym zabrała, to po pierwsze zapłaciłabym za płaszcz kąpielowy, żeby porządnie okryta przespacerować się też brzegiem basenu. W mokrym kostiumie, z ręcznikiem na ramionach – raczej nie wchodziło to w grę, bo jednak było zimno. Po drugie, gdybym zabrała, to poza wyspą z mazidłami była też wyspa bar. Z całą pewnością fundnęłabym sobie jakiegoś ekstra drinka i popijała go zanurzona w krzemionkowej wodzie. A tak to tylko gapiłam się z zazdrością na tych, którzy to robili.
Wreszcie z basenu trzeba było wyjść. No więc znowu prysznic, smarowanie się mazidłami, które oferowała szatnia, suszenie włosów, ubieranie i do samochodu. Jakoś nie zauważyłam, abym po tych krzemionkowych wodach i mazidłach zrobiła się oszałamiająco piękna.
 
I to już był punkt wycieczki naprawdę (przed)ostatni – wyprawa do takiego miejsca, gdzie dobrze widać jak się rozchodzą te dwie płyty tektoniczne (a rozchodzą się podobno z prędkością 2 cm na rok). Widzieliśmy to w Þingvellir (tym ichnim świętym miejscu parlamentarnym, zwiedzanym pierwszego dnia), teraz mieliśmy oglądać po raz drugi, w innym miejscu. Nazywa się to Brû milli Heimsálfa, a wygląda tak: most nad szczeliną, po jednej stronie jest się w Europie, po drugiej już w Ameryce.  Tyle że szczelina wcale nie zieje przepaścią bezdenną, jak należałoby się spodziewać przy porządnym rozdzielaniu się dwóch kontynentów, lecz jest wcale niegłęboka. Ja bym jej nie dała więcej niż pięć metrów. Niewątpliwie geologicznie bardzo ciekawe, widowiskowo nieco mniej, zwłaszcza po tych wszystkich cudach, których się człowiek naoglądał.
 
A potem był już tylko Bonus, gdzie przedostatnie zakupy. Kupiłam słoiczek Lemon curd w prezencie dla sąsiadki, która opiekowała się balkonem. Ponieważ pierwszego dnia znaleźliśmy taki w lodówce (pozostałość po poprzedniej ekipie) i natychmiast pożarliśmy, wiedziałam, że jest to bardzo dobre (produkt brytyjski, bynajmniej nie lokalny). W pierwszej wersji wpakowałam nawet dwa słoiczki (ostatnie na półce), po namyśle jednak odłożyłam jeden, bo „tyle szkła dźwigać i jak to upchać w bagażu”. Teraz żałuję, zwłaszcza że upchałabym bez trudu, jakoś lepiej zapakowaliśmy te wory niż przy wyjeździe i nawet z dodatkowym bagażem Agi, która „w tamtą” z nami nie leciała” i wszystkimi zakupami jeszcze była w nich odrobina luzu. Co poniektórzy kupili zgniłego rekina.
W drodze na lotnisko żegnała nas tęcza. Równie piękna jak ta, która nas witała, kiedy tu przyjechaliśmy.
A potem już tylko na lotnisko. Krótka przebieżka po sklepach w moim wypadku zaowocowała:
- tym pięknym albumem z fotografiami
- islandzkimi czekoladkami (coś trzeba odpalić w pracy po powrocie z urlopu)
- rybnymi chipsami (jak wyżej, czekoladki to mało oryginalne)
- półlitrową butelką Brennivín  (oszuści, sprzedają w białych butelkach, a przecież klasycznie powinno być w zielonych).
 
Potem było to:
KFL 18:50 WRO 00:55.
A w trakcie tego na niebie zapanowała dawno niewidziana ciemność i pokazał się Księżyc. A obok Księżyca Jowisz.
 
Swoją drogą dyskutowałyśmy któregoś dnia z Karoliną kwestię księżyca w czasie dnia polarnego. Bo jak to właściwie z nim jest. W ogóle go nie widać? Przecież u nas jest często widoczny, kiedy słońce już wysoko na niebie. W Islandii nie widziałyśmy ani razu. Nie patrzyłyśmy w niebo dość uważnie. Z dyskusji wyszło nam, że bezchmurny był tylko jeden, jedyny dzień, w pozostałe nie miałyśmy szans zobaczyć. A w ten jeden dzień to jak – przeoczyłyśmy czy nie było? Jak potem sprawdziłam, akurat tego bezchmurnego dnia w reszcie Europy wypadał nów, czyli księżyc niewidoczny. A gdyby była pełnia, to co? Nadal nie wiem, a poszukiwania w Internecie jak do tej pory też nie przyniosły odpowiedzi na to dręczące mnie pytanie. Osobiście obstawiałabym, że ten Księżyc jednak jest.
 
Po wylądowaniu wreszcie okazałam się tą pierwszą i wygraną – mnie od domu dzieliła tylko krótka podróż taksówką, reszta grupy musiała się jeszcze przebić przez większą albo mniejszą część ojczyzny.   
26 czerwca, wtorek
 
Trekking do wodospadu Glymur
Ostatnia impreza wyjazdu
 
 
Tu znowu spotkaliśmy się z planem przygotowanym przez Solistów.
 
O poranku Dnia Glymura, który mnie gnębił niemal od samego początku, wstałam całkowicie pogodzona z losem i z mocno ugruntowanym planem. Pójdę, ile dam radę, dalej ani kroku. W końcu to żadna tragedia, jeśli tego Glymura nie zobaczę, choć to najwyższy wodospad w Islandii (errata: właśnie doczytałam, że drugi co do wysokości, choć przez lata uchodził za pierwszy; dopiero jak w 2011 porządnie zmierzyli Morsáfoss okazało się, że Glymur ze swoim 198 m przegrywa w tym starciu). No i co z tego, że nie zobaczę? Nie ma się czym przejmować. Mało to wodospadów tu widziałam? Pewne rzeczy są całkowicie poza moim zasięgiem i tyle. Taki Everest na przykład. Taki Glymur. Nie będę szarżować na Glymurze. Tak postanowiłam, i tak będzie.
Życie, oczywiście, zweryfikowało. Ono tak ma.
Tym razem wyruszyliśmy „w drugą stronę”, tak że zobaczyłam, co się kryje za wzgórze, które kryło się za najbliższym, i jeszcze za kolejnym i jeszcze za kolejnym. Potem droga zaczęła opadać w dół, jechaliśmy wzdłuż fiordu i było tak jakoś całkiem inaczej niż do tej pory. Bardzo dużo wody, i wszystko bardzo nisko, żadnych ostrych klifów, żadnego spoglądania z góry. Pod górę zaczęło się dopiero, kiedy z nabrzeża skręciliśmy w głąb lądu.
Parking. Na parkanie, w którym otwierają się wrota do Glymura, wielkie tablice ostrzegające, że „wchodzisz na własne ryzyko”, że „uważaj”, że „bez odpowiednich butów nawet nie próbuj”. Nie przejmowałam się specjalnie. Odpowiednie buty mam, a do końca (5 kilometrów) i tak się nie wybieram. Nie ma strachu.
Minęliśmy wrota, zaczęło się. Początek był bardzo ładny, bo szło się łagodną ścieżką między kwitnącymi łubinami. Nawiasem mówiąc w Islandii jest pełno łubinów, czego się absolutnie nie spodziewałam. Całe falujące łany tego kwiecia, czasami niemal po horyzont. Część z nich wspięła się nawet na zbocza gór i zabarwiła je fioletem co najmniej do połowy wysokości. Potem łubiny zniknęły, ścieżka zrobiła się bardziej „pod górę”, ale nadal absolutnie nie było się czego bać. No to szłam, aż dotarłam do pierwszej przeszkody, przy której czuwała Aga, żeby mnie przez nią przepędzić. Niepotrzebnie, bo ta pierwsza przeszkoda nie wyglądała groźnie. Jaskinia, na dnie jakiś strumyk, trochę ciemnawo, ale wylot widać. Bez pomocy i bez Agnieszkowej latarki też bym przelazła. Ale zaraz za jaskinią objawiła się druga przeszkoda i tu się już zawahałam. Rzeka Botnsá, która to spadając z góry Hvalfell ów Glymur czyni, a potem dalej płynie sobie dołem. No i właśnie tu płynęła i trzeba ją było przejść w poprzek. Tak do połowy szerokości po wystających kamieniach, od połowy po pojedynczej belce. Trzymając się rozpiętej pojedynczej liny. O cholera. Nie o wysokość tu szło, bo belka nie była wysoko, o głębokość też nie, bo było płytko, też nie o wartki nurt, który mógłby porwać. Ale spaść z belki i zmoczyć się kompletnie, to żadna przyjemność, a skręcić przy tym nogę, to też kłopot duży. Nie tylko dla mnie, dla całej grupy.
- Agnieszko, to może ja sobie tutaj zawrócę, co? Poczekam na was w kwitnących łubinach.
- Ależ przecież przejdziesz.
- Nie przejdę.
- Przejdziesz. Czego się boisz? Przecież to tylko woda.
I tak jeszcze trwała ta dyskusja, podczas której, wzorem innych ściągałam buty i skarpetki, i wiązałam je do plecaka.
Aga asekurowała – ja szłam. Najpierw po tych kamieniach, z nogi na nogę, a potem po belce metodą: bokiem, przesunąć trochę pierwszą nogę, dostawić drugą, przesunąć pierwszą i tak ad finitum. Pobiłam chyba rekord powolności w przełażeniu, ale przelazłam. Na drugim brzegu, przy nakładaniu butów dotarło do mnie, że sama do łubinów nie wrócę, mowy nie ma. No nic, na razie się nie przejmujmy. Może spotkam kogoś, kto pomoże, a jak nie, to poczekam na grupę po tej stronie. Tu też jest ładnie; skały, rzeka płynie, ludzie się gimnastykują na belce… Nie ma się czym martwić. A potem się zaczęło ostro pod górę, nad przepaścią. Pojawiły się łańcuchy, które tak naprawdę nie były łańcuchami, tylko miękką liną, bardzo ułatwiającą wspinaczkę. W pewnej chwili uświadomiłam sobie, że całkiem dobrze mi idzie to podciąganie; wcale nie sapię jak lokomotywa i w ogóle jestem mniej zmęczona, niż pierwszego dnia podczas wspinaczki do gorących źródeł, gdzie droga była o wiele, o wiele  łagodniejsza. Widocznie się zaaklimatyzowałam. Trochę późno, skoro pojutrze wyjeżdżamy. Wreszcie zza skalnego załomu wynurzył się Glymur, jeszcze trochę daleko, jeszcze nie całkiem widoczny. Ze skały co jakiś czas wysuwały się ku przepaści takie poziome „zęby”, po których można sobie było podejść bliżej przepaści, spojrzeć w dół. A potem znowu ścieżką w górę, stromo opadającym zboczem. Raz się zawahałam. Akurat liny tam nie było, a ścieżka wąska. Ruszyłam dość szybko, bo chciałam mieć to już za sobą, i w połowie przykleiłam się do ściany. Ja się dalej nie ruszę.
- Zawracam – zawołałam głośno, ale wycofać się też nie miałam odwagi. Lekki atak paniki.
- Czekaj, przejdę i podam ci rękę – odkrzyknęła idąca za mną Karolina, której w tym momencie wybaczyłam, że ona poprzedniego dnia widziała maskonura, a ja nie.
Na to nie mogłam pozwolić. Nie wyobrażałam sobie, by na tej ścieżynie Karolina mogła mnie wyminąć po zewnętrznej. Przecież spadnie jak nic. Więc powoli, powoli, wycofałam się ostrożnie do szerszego miejsca. A potem ona poszła przodem. Kiedy wyciągnęła rękę, poszłam za nią. Pomogła mi, przelazłam. O matko kochana, przelazłam w takim miejscu.
Dalej nie było już groźnie i doszłam o własnych siłach i nawet niespecjalnie zasapana.
Wreszcie stanęłam na ostatnim „zębie”, a Glymor mi się zaprezentował w całej wodospadziej okazałości. Piękny, majestatyczny, imponujący. Kontemplowałam długo kontemplowałam, aż wreszcie zaczęłam myśleć o powrocie. Jak w tę stronę dałam radę, to w drugą też dam, prawda? Będzie łatwiej, bo z góry. Zaraz, ale dlaczego wszyscy pchają się jeszcze wyżej? Jeszcze wyżej oznaczało wspięcie się po takim bulwiastym zboczu nad wodospad. Niespecjalnie wysoko, niespecjalnie męcząco. Ale czy warto? Stamtąd naprawdę nie będzie ładniejszego widoku. Ale skoro gromada ruszyła, poszłam za gromadą.
Po pokonaniu ostatniej bulwy stanęłam nad wodospadem. Nowy widok, bardzo piękny. Bulwa opada na drugą stronę, a nieco poniżej równina, po której płynie rzeka Botsná. Spokojnie sobie płynie. Wodospad całkowicie schowany za bulwą, nic nie zapowiada, że ta sama rzeka kilka metrów dalej spada z takim impetem. Na rzece kilka wysepek – idylla. Ślicznie. I wtedy Agnieszka rzuciła bombę. Wracamy tą stroną – zejście dużo łatwiejsze, tylko najpierw trzeba przejść rzekę. W bród. Zaczęło się szukanie brodu. Płytko tak było wszędzie, ale chodziło o to, żeby było też wąsko. Wreszcie zdecydowaliśmy się na takie jedno miejsce z dwiema wyspami. Do pierwszej wyspy można się było dostać, idąc po wystających z wody kamieniach. Nie wyglądało niebezpiecznie, więc ruszyłam dość swobodnie. I zostałam pokarana za brawurę, bo dosłownie na ostatnim kamieniu noga mi się omskła i wylądowałam po kostkę w lodowatej wodzie, która oczywiście nalała mi się górą do buta. Lewego. A potem to już trzeba było buty zdjąć i kolejne i na drugą wyspę, a potem na brzeg iść boso w lodowatej wodzie, po kamieniach, boleśnie uwierających w stopy. Szłam jęcząc, a Aga wlokła mnie za rękę, powtarzając, co chwila:
- To tylko woda, nie bój się.
Na co ja odjękiwałam:
- Nie boję się, ale to boli.
Wody było po kostki, może w jednym głębszym miejscu do połowy łydki i właściwie mogłabym przejść i bez tej ręki Agi, ale skoro trzymała… Może gdyby nie trzymała nie jęczałabym aż tyle. Ale mój model tak ma, jak jest ktoś pod ręką, komu mogę się wyżalić, to się wyżalam. Teraz trochę się tych jęków wstydzę – no bo co to za problem przejść przez rzekę, gdzie wody jest do kostek, a nurt też nie pędzi tak szaleńczo, żeby trzeba było walczyć z całych sił. Że kamyki uwierają w stopy? Przecież do przejścia jest zaledwie kilka metrów, a nie jakieś wodne łany. Ech ty słabizno, słabizno. Za to jak miło szło się przez wyspę, po mięciutkim mchu.
Wreszcie wylądowałam na drugim brzegu. Tu zbawcami okazali się Gosia i Piotrem, którzy przezornie zabrali ręcznik – cała grupa po kolei skorzystała. Gosia miała też zapasowe skarpetki, które dostałam ja – ofiara zamoczenia buta w wodzie (ja też miałam zapasowe skarpetki. I spodnie. I buty – ale wszystko w samochodzie odległym o 5 kilometrów). Dostałam też torebkę foliową, w którą owinęłam nogę w suchej skarpetce, po czym wsadziłam w mokry but. Da się iść. I nawet nie było mi zimno.
A potem zaczęło się schodzenie tą drugą stroną wodospadu. Faktycznie było łatwiej. To znaczy ścieżka momentami nawet bardziej stroma, ale nie szło się tuż nad przepaścią, tylko w większości w krzakach, których się można było chwycić. Mnie Agnieszka przez sporą część drogi znowu wlokła za rękę. Twierdziła, że chce pomóc, ale w głębi duszy podejrzewam, że chodziło jej też o to, żeby było szybciej, bo sama bym pewnie długo dumała przed stąpnięciem na kolejny kamień. Gosia i Piotr też holowali. I Joanna, więc znowu zaczęłam podejrzewać, że oni wszyscy mają rozpisane dyżury „pilnowania Maryjki”, żeby sobie niezdara jakiej krzywdy nie zrobiła. Skoro rano mieliśmy rozpisane dyżury do łazienki, mogło ich to natchnąć takim pomysłem. Oczywiście, gdy wyraziłam myśl głośno, stanowczo zaprzeczyli. Chwilami trochę mnie to drażniło (kiedy po przejściu przez rzekę usiadłam, żeby założyć buty, Gosia chciała mi ze zasznurować, co już było przesadą, parę razy też zaproponowała, że poniesie mój plecak, jeśli mi ciężko), ale w gruncie rzeczy byłam im wdzięczna. Glymura bez nich bym nie zrobiła. A z nimi zrobiłam. I po obejrzeniu tego cudu natury bezpiecznie wylądowałam w łubinach.
Link na pamiątkę tego, co przeszłam. Choć zdjęcia nie oddają całej grozy. Ale dobrze widać „zęby”, z których się podziwia.
 

https://guidetoiceland.is/connect-with-locals/jorunnsg/hiking-to-icelands-highest-waterfall—glymur
 
I kończąc temat Glymura – znakomicie się stało, że w niedzielę Aga postawiła na dorsza z frytkami. To był naprawdę ciepły dzień, i Glymur by nas wykończył. We wtorek było słonecznie, ale chłodniej – wymarzony dzień na wspinaczkę.
 
Wyprawa trwała dobrych kilka godzin, ale nie oznaczało to bynajmniej, że zaraz zjeżdżamy do domu. Kolejnym punktem był… wodospad… oczywiście.
Ten się nazywał Hraunfossar i też był absolutnie piękny. Choć zupełnie inny. Jechało się na północ od Glymura (zdaje się, że to wtedy właśnie przejechaliśmy pędem przez miasteczko Borgarnes, które było w programie, więc Agnieszka chciała je nam pokazać choćby przez szybę – ale tu może się mylę, może miasteczko było innego dnia). To tego wodospadu szło się dosłownie kilka metrów od parkingu i od razu był on. Spływający z takiego niewysokiego wzgórza tysiącem grubszych i cieńszych strużek, kaskadami. Połączenie fontanny di Trevi w Rzymie z kaskadami Tivoli. Kolejny absolutnie piękny. Tworzą go liczne strumienie, które wypływają z pola lawowego Hallmundarhraun, powstałego w wyniku erupcji jednego z wulkanów leżących pod lodowcem Langjökull, i faktycznie widać dobrze, jak te strumienie wypływają prosto z ziemi. A jak podejść parę metrów w lewo to ukazuje się drugi – Barnafoss, który nazywają wodospadem dla dzieci, bo taki mały. A ten to już na rzece Hvitá.
 
 
Kolejnym, i ostatnim punktem programu, była jaskinia, której nazwy nie zapisałam, bo się do niej nawet nie zbliżyłam. Od razu powiedziałam, że nie pójdę i nie poszłam. Aga zapowiadała, że tam ciemno, ciasno i trzeba się przeciskać. A ja nagle poczułam się bardzo zmęczona, buty miałam mokre (jeden bardzo, drugi wilgotny). I nie była to jaskinia z gatunku tych, co lubię – wielka skalna komnata, gdzie się podziwia kryształki na sklepieniu. Uznałam, że spokojnie mogę odpuścić. Zwłaszcza, że Glymur zdobyłam. Godzinę, kiedy grupa eksplorowała, spędziłam w samochodzie, gdzie się przebrałam w grubsze spodnie i suche buty. Potem poszłam sobie jeszcze na krótki spacer szutrową drogą wśród pola lawy, a potem wróciłam do samochodu i czytałam przewodnik.
 
No dobra, z kronikarskiego obowiązku, bo może kiedyś jeszcze zapragnę tam wrócić. Jaskinia się nazywała Surtshellir (ktoś sfotografował tabliczkę informacyjną), a na zdjęciach prezentuje się całkiem, całkiem.
 
 
Niestety nie trafiła się okazja, aby w drodze powrotnej zahaczyć o monopolowy, bo miałam szczerą ochotę nabyć butelkę Brennivín  i postawić grupie z wdzięczności, że mnie przez ten Glymur przewlekli.
A jak się zakończył ten wieczór nie pamiętam. Chyba coś piliśmy, ale w niewielkich ilościach. W każdym razie trudno byłoby nazwać to „ostatnią imprezą”, jak głosił program.
26 czerwca, poniedziałek
 
 Tu było idealnie zgodnie z planem Solistów:
Reykjavík-zwiedzanie
Rejs po zatoce Faxa (w pobliżu Reykjaviku) w poszukiwaniu wielorybów
 
 To znaczy rejs był pierwszy, a zwiedzanie potem (o ile to, co zrobiliśmy, można nazwać zwiedzaniem).
 
 Rejs jak rejs – wypłynęliśmy statkiem wycieczkowym, przyodziani w grube, ocieplane sztormiaki (pobrane na pokładzie) i zaczęło się wypatrywanie. Wstyd przyznać, ale pierwszego wieloryba (pierwszego rzutu wielorybów?) nie zobaczyłam wcale. Bo się nie dopchałam, bo ludzie zasłaniali, bo patrzyłam nie w to miejsce, co trzeba. Mocno przeżuwając gorycz porażki, przeniosłam się na niższy pokład i oparta o reling tłumaczyłam sobie, że to przecież nic nie szkodzi, że i tak dookoła jest przepięknie i super, że jestem na morzu, co wszak lubię, że nieważny wieloryb… Akurat nieważny. Przecież to była wyprawa na wieloryby. Że też ja zawsze muszę być taką ostatnią ofermą. A potem stało się… wieloryby pokazały się ponownie, w liczbie dwie sztuki i te już widziałam doskonale. Pod koniec nawet nauczyłam się dostrzegać moment zwiastujący ich wynurzenie się z wody. Tak więc widziałam i fontanny wody (pary?) i wynurzające się grzbiety i przewrotki i te rozdwojone ogony (białe, od strony „podogonia). Widziałam wieloryby, hurra. Moją radość przyćmiło nieco oświadczenie Karoliny, że ona upatrzyła także maskonura. Nie kłamała, pod koniec rejsu w barze  na ekranie barze wyświetlano zdjęcia z dzisiejszego połowu i faktycznie na jednym był taki lekko rozmazany maskonur. No masz, nie widziałam maskonura. Od razu powiedziałam Karolinie, że jej nie lubię i nie będę z nią rozmawiać. Zrozumiała.
 
 A potem już była stolica i jej uciechy.
Z uciech zaliczyliśmy przede wszystkim słynną budkę z hot dogami przy porcie, w której to podobno koniecznie trzeba zjeść hot doga, bo tam już jedli wszyscy wielcy tego świata. Królowa angielska może nie, ale Mick Jagger na pewno. Ponieważ wciąż byłam w nastroju buntowniczym, zbojkotowała hot doga i grupową konsumpcję przeczekałam, kręcąc się koło budki.
A potem się zaczęło zwiedzanie
- parlament – z zewnątrz; budynek malutki, skromniutki i z gracją, przed nim posąg pierwszej islandzkiej posłanki
- ratusz – częściowo stoi na jeziorze Tjörnin. Okolice ładnie zalzielenione; kwitnące krzewy, co to wyglądały jak bez, ale nie całkiem jak bez po obwąchaniu okazały się jednak bzem. Czyli mają bez w Islandii. Kwitnie w czerwcu, jest trochę inny, ale pachnie zupełnie jak nasz. Ratusz to budynek całkiem młody (1992), w środku ma informację turystyczną i wielką makietę Islandii. Spędziliśmy nad nią pracowity kwadrans, biegając od jednej krawędzi do drugiej, pokazując sobie nazwajem paluchami, gdzie dom, gdzie „nasza” góra, „nasze” kratery, „nasze” jaskinie, „nasze wodospady”. Skoro obejrzeliśmy, wdrapaliśmy się po skałach czy po schodach, to przecież „nasze”, prawda?
- kościół Hallgrímskirkja – też nowy, jak zaczęli budować w 1946, tak w 1986 skończyli, nowoczesny, a jednocześnie stylizowany na gotyk. Bardzo piękny, tak od zewnątrz, jak i w środku. I ma imponujące organy.
 
 Po katedrze czas wolny, czyli włóczenie się na własną rękę. O 19 zbiórka przy samochodach. Wcześniej (chyba przy hot dogach) zostało poddane pod głosowanie, czy po tym czasie wolnym wracamy do domu, czy też włóczymy się do oporu, a na koniec lądujemy w pubie z muzyką na żywo (tu padło ostrzeżenie, żeby alkoholu broń Boże nie zamawiać, bo piekielnie drogo). Grupa jednogłośnie opowiedziała się za domem, odnoszę wrażenie, że ku pewnemu żalowi Agnieszki.
 Zwiedzanie – jak twierdziła Agnieszka – to przespacerowanie się pryncypialnym deptakiem i odwiedzenie kilku sklepów z pamiątkami. Szczerze mówiąc nic bardziej ambitnego nie miałam w planie, ale urwać się od grupy i pobuszować w pojedynkę, to już miałam. No i dlaczego mi nie wyszło? Ano bo popadłam w stupor. Najpierw Aga poprosiła mnie, żebym trochę zaczekała, bo ona tu musi coś koniecznie znaleźć przy kościele, a jak znajdzie, to sobie zapalimy. Zważywszy, że to ja była posiadaczką dwóch ostatnich papierosów, nie wypadało odmówić. Poszukiwanym obiektem była jakaś kultowa kawiarnia, gdzie podawano kawę z maskonura (czy to możliwe?; nie, po prostu mająca maskonura w nazwie „Puffin Cafe” jej było). Absolutnie „must drink”. Poszukiwania zataczały coraz szersze kręgi, polegały na zaglądaniu w bliższe i dalsze zaułki, tudzież w gogle map, tudzież na wypytywaniu lokalnych. Nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt nic nie wie. Nie bardzo uczestniczyłam w tym wszystkim aktywnie, więc nie do końca wiem. Zdaje się, że wyszło, że lokal splajtował i już go nie ma (pod adresem na ich stronie internetowej nie było na pewno, to widziałam na własne oczy).
A potem to już tak ruszyłam razem z niedobitkami grupy, co się nie urwały wcześniej w dół tej pryncypialnej ulicy. Trochę bezmyślnie. Też zaglądałam do tych sklepów z pamiątkami, ale głównie czekałam na resztę pod sklepem, bo ze środka musiałam jak najprędzej wyjść, bo gdybym postała chwilę dłużej, z pewnością kupiłabym jeden z tych pięknych i potwornie drogich albumów w fotografiami islandzkich pejzaży (i tak na koniec kupiłam – na lotnisku). No więc tak stałam pod jednym, drugim, trzecim sklepem, dziwiąc się w duchu, ile może trwać wybieranie magnesu na lodówkę, a jeszcze bardziej, dlaczego ja właściwie czekam na resztę. Jak ten Antek Boryna, co to „w gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam”. Wreszcie klapnęłam a Agą na ławce w celu spożycia kanapki i z postanowieniem, że gdy tylko skończę przeżuwać, ruszam przed siebie. Wiem, gdzie stoi samochód, znam godzinę zbiórki, jaki problem.
I w tym momencie Aga powiedziała:
- Czy ty widzisz to, co ja widzę?
- No – zaszemrałam nieśmiało, nie do końca pewna, czy to, co widzę, jest tym, co ona ma na myśli.
- No właśnie. Szkoda, że zjadłyśmy te kanapki. Ale może jednak? Jedną porcję na dwie? Jak sądzisz?
A widziałyśmy wystawione na zewnątrz menu knajpy, oferujące przystawkę z wędzonego maskonura, grillowany stek z rekina (a może był to wieloryb?) i deser z ichniego kwaśnego mleka, co też jest potrawą narodową. Za jedyne 6500 koron islandzkich.
Napatoczyły się jeszcze Ania i Magda (Gosię i Piotra się zwabiło telefoniczne, kusząc maskonurem i odrywając od magnesów) – jednym słowem, wylądowałyśmy w knajpie, czego wcale nie było w planach. Wędzony maskonur okazał się całkiem, całkiem, grillowany rekin czy też wieloryb też niczego sobie, choć powiem szczerze, że mnie najbardziej smakował ziemniak. Pieczony ze skórką (którą to skórkę też pożarłam), rozkrojony i podany z czymś, co z wyglądu przypominało masło, ale było słodkie. Jedyną przyjemność z konsumpcji psuł fakt, że z pewnością się spóźnimy na miejsce zbiórki i ci zdyscyplinowani będą źli. Bo pół godziny czekać w samochodzie na resztę grupy i kierowców to żadna przyjemność. Będą źli jak diabli, i słusznie. Chyba byli, choć mnie żadnego złego słowa nikt nie powiedział. Może się wyżyli na Agnieszce, która dobiegła do samochodu jak pierwsza.
 
W domu odbyła się jeszcze konsumpcja zgniłego rekina, który również stanowi narodową potrawę i którego koniecznie należy spróbować. Przezornie wynieśliśmy się z nim na taras, i dobrze, bo zapach… Gdybyśmy otworzyli go w środku, przyszłoby nam chyba spać na tarasie. Ponieważ swego czasu u Myszki uczestniczyłam w konsumpcji słynnej szwedzkiej konserwy ze sfermentowaną rybą czy czymś takim – byłam poniekąd dobrze przygotowana, więc dyskretnie wyplułam w naszykowaną wcześniej chusteczkę i równie dyskretnie wyrzuciłam do stojącego na dworze kubła na śmieci, ale taka Agata musiała biec przez cały taras z rekinem w buzi, zanim wypluła na trawnik. Reszta jakoś przełknęła. Do popicia mieliśmy żubrówkę, która pasowała średnio, ale moim zdaniem do takiego rekina nic nie ma prawa pasować. A potem jeszcze grupa – partiami – wylądowała w jacuzzi. Ja odmówiłam, bo mi się wydawało profanacją po kąpielach całkiem w naturze, w takiej rzece co spływa z gór, moczyć się w wanience, nawet jeśli ta wanienka stoi na wolnym powietrzu. Ja poszłam sobie na spacer „w drugą stronę”. To „w drugą stronę” oznaczało kierunek przeciwny do tego, który obieraliśmy, wyruszając na kolejną wyprawę. Koniecznie chciałam zobaczyć, co się kryje za najbliższym wzgórzem. Za najbliższym wzgórzem kryło się, oczywiście, następne wzgórze. Ten kawałek Islandii po prostu składał się ze wzgórz pokrytych mchami i porostami. Przelazłam przez rów, poklepałam najbliższą kępę mchów i wróciłam. Była północ, ale nie po zmroku. Impreza w jacuzzi powoli zmierzała ku końcowi.
 

  • RSS