maryjka blog

Twój nowy blog
Zaparłam się i złożyłam sobie jednak tę wyprawę na Turnera.
Bo jak powiedział Francis Bacon: Nie ma większego piękna niż to, które niesie ze sobą odrobinę dziwactwa.
 
Ryanair zrobił mi brzydki dowcip ze skróceniem czasu, w którym można dokonać odprawy on-line. Cztery dni, wolne żarty. Oczywiście nie jest to żaden problem dla ludzi nowoczesnych i światłych, mających internet w takich małych urządzonkach, których nawet nazwy nie jestem pewna. Dla mnie problem jest. I albo sobie w końcu kupię takie urządzonko i nauczę się z nim współpracować, albo któregoś dnia przy próbie rezerwacji biletu, odezwie się głos z góry: „Nigdzie nie pojedziesz, internetowy mastodoncie”.
 
W moim obecnym planie podróży, nawet bym się z odprawą powrotną zmieściła dokładnie w dniu wyjazdu, gdyby nie jedno ale… Samolot o siódmej rano, na lotnisku trzeba być odpowiednio wcześniej, a moja drukarka lubi się zbiesić. Pół godziny się rozgrzewa, potem zacina się na pierwszych pięciu kartkach i dopiero od szóstej drukuje. To o której musiałabym wstać, żeby z tym wszystkim zdążyć? A gdyby tym razem zacięła się na amen. Tak, wiem, jak sobie nie kupię nowej drukarki, to któregoś dnia przy próbie wydrukowania karty pokładowej odezwie się głos z góry: „Nigdzie nie pojedziesz, dinozaurze”.
 
Po rozważeniu wyszło mi, że pozostaje mi tylko jedna opcja, mianowicie kupić bilet bezpośrednio w Ryanairze, z dopłatą za możliwość wcześniejszego dokonania odprawy. Do tej pory śmiertelnie się bałam kupować w Ryanairze, bo kiedyś się tak zawiesiłam na ich stronie, że przed dwa kolejne dni tkwiłam w niepewności, nie wiedząc, czy mam bilet, czy nie, a czas wyjazdu się zbliżał (nie miałam). Od tej pory zawsze kupowałam przez e-sky, bo tam co prawda jest opłata za usługę, ale usługa na wysokim poziomie, a w razie kłopotów i nieporozumień, łatwo się można skontaktować z czynnikiem ludzkim (wiem, bo dwa razy to przerabiałam).
 
Strasznie się nakombinowałam, „nabiłam” z myślami, naprzymierzałam wariantów, w końcu wyszło tak.
 
21 stycznia WRO 7:10 EDI  08:35
To kupiłam jeszcze przez e-sky, bo tu się spokojnie zdążę odprawić w domu. Pod warunkiem, że nie zapomnę, co się może zdarzyć. Przed chwilą odprawiłam się na powrót i przez moment miałam takie błogie przeświadczenie, że wszystkich formalności już dokonałam, teraz tylko zapakować te wydrukowane papiórki do teczuszki i lecimy.
 
21 stycznia EDI 19:40 DUB 20:55
Też przez e-sky, bo wybrałam Air Lingus, ze względu na nieco korzystniejsze godziny niż Ryan. Tu odprawy on line nie potrzebuję, bo to regularna linia (za to może się okazać, że na lotnisku szczerzą zęby automaty ).
 
24 stycznia DUB 19:10 WRO 22:45
To ten bilet kupowany bezpośrednio i przewoźnika i tu się już odprawiłam, wykupiwszy możliwość wcześniejszej odprawy. Przy tej okazji wylazła jedna z machinacji stosowanych przez Ryana. Na stronie głównej reklamują, że taka opcja jest taniutka, bodaj 2,5 euro, a za to wybierasz sobie miejsce i odprawiasz się do sześćdziesięciu dni przed wylotem. Za to, jak przychodzi konkretów, to okazuje się, że nie można wykupić samej tej opcji, tylko razem z bagażem rejestrowym i pierwszeństwem wejścia na pokład, więc na 2,5 euro się nie kończy.
 
W każdym razie jestem „zabiletowana”.
 
I tak nie wyszło jakoś straszliwie drogo, bo termin dobierałam pod ceny. A gdybym wszystko kupiła dzień wcześniej, wyszłoby jeszcze taniej. Za długo zwlekałam, licząc na to, że ceny już nie drgną. Drgnęły… w górę.
 
Potem Ryan przysłał mi maila, że na tę luksusową drogę powrotną z bagażem, możliwością wyboru miejsca i pierwszeństwem wejścia na pokład mogę się odprawiać już i nad tym mailem też dumałam przez tydzień, bojąc się zadziałać. Normalnie wariatka. Ten paniczny lęk, że się zatnie, że coś pokręcę, że mi się nie wydrukuje, że potem pojawię się na lotnisku bez karty, a tam mi powiedzą: „Przecież już się pani odprawiła, ponowna odprawa nie jest możliwa, przykro nam”. A głos z góry doda: „Nigdzie nie polecisz, Matuzalemie”. Dziś wreszcie zebrałam się na odwagę i w pięć minut dokonałam wielkiego dzieła. Ileż nerwów mogłam sobie oszczędzić.
 
Tak, to planowanie podróży i kupowanie biletów lotniczych przez internet to moja adrenalina.
 
I tylko nocleg mam jeszcze niezałatwiony. Że też mój Inn on the Liffey w styczniu nieczynny, nie mogę odżałować. Po długim grzebaniu w Bookingu na liście zostało mi sześć miejsc, ze szczególnym wskazaniem na dwa. I tu się jeszcze nie zdecydowałam. Niestety nabrałam zwyczaju czytania opinii o hotelach – zaczynając od negatywnych. Tak krytycznych jak dublińskie nie miały nawet najtańsze B&B w Neapolu. Niemal co drugi wpis brzmi: „Fatalnie, przespaliśmy tam jedną noc, a rano na tej samej (względnie na sąsiedniej) ulicy znaleźliśmy sobie coś lepszego i za niższą cenę”. Ludzie, nie mogliście napisać gdzie dokładnie. Od razu bym tam poszła.
 
No nic, zabawa z noclegami jeszcze trwa, ale doprawdy czas ją kończyć. Ileż można dłubać w Bookingu wybierając między dwoma hotelami, o których się tak naprawdę nic nie wie.
 
W każdym bądź razie pieniądze za tłumaczenie, z którym z przerwami męczyłam się prawie rok, częściowo zostały (bilety), a częściowo zostaną (nocleg) wydane na czterodniowy wyjazd. Mój prezent ode mnie dla mnie urodzinowo-świąteczno-noworoczny.
Paweł z wydawnictwa jest cudownym człowiekiem – daje mi kilka tytułów do wyboru, pozwala (niemal) dowolnie ustalać mi termon, płaci od razu, tylko że… no właśnie, płaci mniej więcej połowę tego, co inne wydawnictwa.
 
Dobra, jakoś to będzie. Zrobiłam szczegółowy rachunek sumienia i wyszło mi, że nie mam żadnych zmartwień.
 
Bo to przecież nie jest zmartwienie, że nie poszłam do lekarza. Zarejestrowałam się miesiąc temu, stosowny dzień obwiodłam w kalendarzu kółkiem, niemal codziennie gapiłam się w kalendarz i powtarzałam sobie: „pamiętaj, w czwartek, w czwartek, w czwartek musisz wyjść wcześniej z pracy (zgłosiłam odpowiednim czynnikom), bo idziesz do lekarza”. W środę wieczorem rzuciłam okiem na kalendarz, żeby się upewnić, że to jutro. I dopiero wtedy zauważyłam, że  stosowne kółko jest przy środzie. Tak wizyta była w środę o 14, a zorientowałam się koło 18, czyli stanowczo za późno. Zadzwoniłam do przychodni – najbliższy wolny termin 28 grudnia (w czwartek). A że akurat skończyły mi się leki, będziemy kombinować. To naprawdę nie jest zmartwienie. Lek nie z gatunku tych ratujących życie. Od nieleczonej niedoczynności tarczycy się jedynie kretynieje. Dla mnie to żadna nowość.
 
A w grudniu w Godzinkach księcia de Berry na pierwszym planie szara polana, prawie naga – tylko parę kamieni, parę wątłych krzaczków, jakieś dwa pniaki – zamknięta zwartą ścianą lasu w pobliżu zamku Vincennes, którego białe wieże wyłaniają się zza zrudziałych koron drzew.  Las Vincennes był ulubionym miejscem królewskich łowów, no i właśnie… na tej łysej polanie psy dopadły dzika i się znad nim znęcają. Nie lubię tej miniatury.  
 
-Pomyśl, ile masz lat.
- Nie muszę o tym myśleć. To mi przychodzi samo z siebie.
 
 
 Z kogo cytacik nie muszę dodawać.
Wszystkiego dobrego w dniu urodzin, kochana.
 
Oczywiście Babcia Weatherwax zawsze demonstrowała swoją niezależność i samodzielność. Kłopot jednak polegał na tym, że człowiek powinien mieć kogoś  obok siebie, żeby mu zademonstrować, jaki to jest niezależny i samodzielny. Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
 
Pratchett, któż by inny.
 Uszy do góry, moje dziecko – odezwała się niespodziewanie babka Morkie. – Najgorsze dopiero przed nami. 
 
Oczywiście Pratchett.
 
Lubię dobrze dobrane cytaciki.

cytacik

Brak komentarzy
Zeszłej nocy, kiedy rozmawiał z Lu-Tze, wszystko było oczywiste. Zeszłej nocy miał ochotę zmierzyć się z Vorbisem natychmiast. Zeszłej nocy sądził, że istnieje szansa. Wszystko było możliwe zeszłej nocy. Na tym właśnie polega kłopot z zeszłymi nocami: zawsze po nich następują dzisiejsze ranki.
 
 I jeszcze jeden cytacik.
 
Magrat zastanowiła się, jak to jest, przez cale życie robić to, czego się nie lubi. To jak być martwym, pomyślała, tylko gorzej, bo jest się żywym i trzeba to znosić.
 
Oba z Pratchetta.
Najnowsza Marinina, stron prawie sześćset, jest absolutnie nieczytable. I oczywiście znakomita recenzja. Poszperałam w internecie i dowiedziałam się, że pozycji nieprzetłumaczonych na polski jest jeszcze prawie trzydzieści i niech mi ręka uschnie, jeśli kupię jeszcze jedną (cholera, jak znam siebie, to kupię). Ileż można czytać, co Nastja z Loszką zamówili w kolejnej knajpie i jakie ciuchy spakowali na kolejny wyjazd.
 
Niedobrze, a nawet gorzej jest nadal. Zaczynam podejrzewać, że nie jest to wcale to, co myślałam, że jest, tylko to, co starałam się myśleć, że nie jest. No nic, na razie jeszcze bez paniki. Jakby co, jeszcze się zdążę podenerwować.
 
Awantura w firmie zatacza coraz szersze kręgi. Nienawidzę krzyku, boję się awantur. Coś paraliżuje mnie wtedy od środka, zamieram, nie wiem, co powiedzieć, przegrywam.
 
Praca zawodowa, w której nigdy nie znalazłam ani odrobiny satysfakcji, ani chwili zadowolenia. Moja największa życiowa porażka.
 
A u księcia de Berry w październiku błękit nieba przybladł, stracił na intensywności. Na jego tle szarawe wieże, wieżyczki i krenelaże średniowiecznego Luwru. Białe mury, pod murami promenada, po której spacerują przechodnie. W dwóch miejscach stopnie, po których można zejść prosto do Sekwany. Na wodzie kołyszą się łódki, na drugim brzegu rzeki, tym bliższym widza,  rząd karłowatych wierzb. A na pierwszym planie orka i zasiewy. Mężczyzna w czerwonej szacie bronuje pole, drugi, odziany w błękit nabiera garścią ziarno z przewieszonej przez ramie białej płachty. W prawym dolnym rogu ucztuje stadko wron.
 
To październik, ale ten już się skończył i trzeba odwrócić kartę w kalendarzu. Odwracamy i oto Listopad. Miniatura, której bracia Limbourg nie zdołali dokończyć. Dokończył Jean Colombe – marnie. Stado świń wypasanych w lasku. W porównaniu z resztą kalendarza – nędzny obrazek.
 
A ja? Jaki będzie mój listopad? Nie wiem, nie wiem. Czy wystarczy mocne kopnięcie w dupę, żebym się podniosła? Boję się, że nie wystarczy. Że się nie wyzwolę z apatii, marazmu, wiecznego spleenu. Że w tym wszystkim utonę.
 
Biurko zalega stosik kartek, na których jeszcze próbuję poskładać styczniowego Turnera, ale to nie wychodzi. Nie potrafię zgrać terminów pozwalających obejrzeć połowę w Dublinie i drugą w Edynburgu. Jakkolwiek próbuję, czy od Edynburga, czy od Dublina, zawsze któryś z przelotów wypada absurdalnie drogo, zawsze coś się nie zgadza. Więc próbuję raz jeszcze, znowu wrzucam te daty w wyszukiwarkę, może w odwrotnej kolejności i znowu wychodzi nie to.
Ale czy mi tak naprawdę zależy, żeby oglądać wystawę Turnera? Czy to mnie jeszcze uratuje? Czy rzeczywiście jestem tego ciekawa?
 
Czy się jeszcze odnowi, odmieni?
O jesieni!… jesieni… jesieni…

lwowskie remanenty

1 komentarz
Dziwny był ten hotel Гуртожиток. Przede wszystkim zawsze pusty. Cztery piętra, długie korytarze i nigdzie żywego ducha. Gościa, znaczy. Jest on uniwersytecki, więc dla zwykłych turystów niedostępny. Szkoda, gdybym chciała kontynuować moją przygodę ze Lwowem już prywatnie, pasowałby mi bardzo. Tani, świetnie położony, czysty, prysznic z gorącą wodą, czajnik do herbaty i lodówka, łóżko bosko wygodne. Nad takim drobiazgiem, że lampka nocna w moim pokoju stanowiła jedynie nieprzydatną ozdóbkę (z braku kontaktu w odpowiednim miejscu i z braku przedłużacza), przechodzimy do porządku dziennego. L. to wnerwiało okrutnie (choć akurat u niego w pokoju lampka działała), mnie było to obojętne.
 
Ulica Stećki (dawna Senatorska) też przedziwna. Wystarczy zrobić parę kroków w jedną stronę, a jest się na Akademickiej (dawnej), stanowiącej jedną z głównym arterii miasta, parę kroków w drugą stronę i lądujemy na Kniazia Romana (obecnej), którą samochody pędzą jak oszalałe,  a kilka kroków w trzecią stronę sprawia, że jesteśmy na nie pamiętam jakiej, którą jeździ okrutnie zdezelowany, głośny tramwaj. No a w samym środku tego wszystkiego, za winklem ulica Stećki (dawna Senatorska), którą nie jeździ absolutnie nic (owszem, po obu stronach stoją zaparkowane samochody, ale nie widziałam, żeby któryś z nich choć raz ruszył z miejsca), którą nikt nie chodzi (a przecież są tam i kamienice mieszkalne). U wylotu na Hercena stoi wielki hotel (nie pamiętam nazwy), podobno szalenie wytworny i drogi, wieczorem ładnie podświetlony, ale brama wejściowa przypomina ciemną jamę i nie widziałam aby ktoś do tej jamy wchodził albo się z niej wynurzał. Nocami na Stećki cisza absolutna. Specjalnie nasłuchiwałam. Żadnego samochodu, żadnego turkotu walizek na kółkach, żadnych rozmów zapóźnionych mieszkańców, wracających do domów, żadnego odległego zgrzytu tramwaju, skręcającego na zakręcie. Nic. Ciszej niż na wsi. Ulica duchów, ulica cieni, ulica, z której dawne żucie odeszło, a nowe nie potrafi się zadomowić. Już po powrocie przeczytałam, że właśnie na Stećki mieszkał Gębarowicz.  Nie wiem, pod którym numerem.
 
Na samotne spacery chodziłam za Stary Uniwersytet, ulicą Cyryla i Metodego (obecną), wzdłuż ogrodzenia ogrodu botanicznego. Podobnie jak Stećki – pustawa, tajemnicza. Zza muru wylewa się ta ogrodowa zieleń, drzewa wyciągają konary, pnącza na siłę chcą się przedrzeć na ulicę. A potem człowiek dochodzi do bramy, nad którą napis Ботанически сад, ale brama zamknięta na kłódkę, i nigdzie żadnej tablicy, żadnej informacji, czy ten sad można zwiedzać, a jeśli tak, to w jakich godzinach.
 
Z remanentów muszę jeszcze odnotować, że nie poszliśmy do Kuпола. Z premedytacją. W dawnej willi Wolskich (ale nie w „Zaświeciu”, tylko w drugiej, stojącej na tej samej posesji), ma być romantycznie, grottgerowsko-arturo-wandowo-wolsko, a jest zimno, drogo i niesmacznie. Pamiętaliśmy z poprzednich pobytów.
 
I tak sobie chodziłam i dumałam. Czy chciałabym przyjechać tu raz jeszcze, tak całkiem prywatnie. Żeby zatrzeć wrażenie niemiłych obowiązków służbowych, żeby pochodzić po mieście już tak całkiem na spokojnie. Nie mieć w perspektywie niczego „służbowego”, nie mieć nawet w planie niczego szczególnie ważnego „zabytkowego”. Po prostu chodzić sobie po ulicach,  zaglądać na podwórka kamienic i do ogródków otaczających te piękne, zaniedbane wille. Bo Lwów jest piękny. To bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miast, jakie widziałam. I sama, koniecznie sama. Dość mam L. z jego wiecznym niezadowoleniem. L., dla którego stanowi problem, że recepcjonistka nie powiedziała dzień dobry. Dla mnie to żaden problem, ja się uśmiecham, mówię  dzień dobry pierwsza i reszta mnie nie obchodzi. On musi mnie pouczyć, że to pani w recepcji ma pierwsza pozdrowić (racja), więc… Do cholery, czy ja muszę tego wysłuchiwać. „Wczorajszy” – teatralnie wznosi oczy ku niebu i wydaje z siebie głębokie westchnienie podczas kupowania chleba. No to co, że wczorajszy? Mnie ta wczorajszość wcale nie przeszkadza. „Przeczytaj mi” – to w knajpach. Do diabła, to nie angielski, gdzie jestem nieco lepsza. Nauki rosyjskiego mamy za sobą dokładnie tyle samo. Więc dlaczego to ja zawsze muszę czytać od deski do deski całą wypisaną grażdanką kartę dań? I odpowiadać na pytania, czym się różną вареики od пельмени i od пиріга. A skąd na mam to wiedzieć? Ja już wybrałam деруны i reszta menu mało mnie obchodzi.
 
Tak, chciałabym jeszcze kiedyś do tego niesamowicie pięknego i niesamowicie dziwnego miasta. Najlepiej wczesną jesienią.
 
A skoro już jesteśmy w temacie jesieni to tegoroczny październik jest zachwycający. Po raz pierwszy w życiu widząc spadające liście nie myślę o wyjeździe w góry Catskill (jak wiemy, one są już pasé). Trawnik przed moim domem wydaje mi się niemal równie piękny.
 
Zauważyłam coś dziwnego. Ilekroć włażę do Internetu, natychmiast atakują mnie suknie i inne ciuchy. Reklamy. Prześliczne. Każda cudownej urody, każda w moim guście. Kiedy wreszcie wybrałam się do sklepu, nie zauważyłam ani jednej, która byłaby choć odrobinę podobna. Kupowanie ubrań przez internet jakoś do mnie nie przemawia. Bez mierzenia? Już ja się znam – połowa „za dużych”, „za małych”, „za niepasujących” nie zostałaby zwrócona do sklepu, ze względu na moją niechęć do wystawania na poczcie.
 
 

Nie jest dobrze

Brak komentarzy

czyli jest niedobrze.

Impreza, którą mieliśmy uświetniać, odbywała się w czwartek późnym popołudniem. WizzAir lata do Lwowa we wtorki, czwartki i soboty. Przy locie czwartkowym wyszłoby, że prosto z lotniska na imprezę, z szansą, że się spóźnimy. Odpada. Czyli wyszło, że lecimy we wtorek, a wracamy w sobotę.
 
Z lotniska do miasta przedpotopowym autobusem. Przedpotopowym, a i tak nie potrafiłam obsłużyć kasownika z dziurkami. Najpierw wkładałam bilety nie tam, gdzie trzeba, potem nie potrafiłam zlokalizować odpowiedniej wajchy. Lokalni pomogli.
 
Dni przed imprezą upłynęły głównie na przygotowywaniu się do uświetniania, co polegało na siedzeniu w hotelu, zgrywaniu zdjęć do pokazu, sprawdzaniu tekstu.
 
Dzień po imprezie spędziliśmy głównie na oglądaniu wystawy, której otwieranie poprzedniego dnia uświetnialiśmy. Kolejny był już dniem powrotu.
A oprócz tego chodziliśmy jeść. I pić.
 
Z zabytków raz zajrzeliśmy do Jezuitów, i to było wszystko. Nie chciało się nam.
 
Knajpy mieliśmy opanowane z poprzednich pobytów i nie szukaliśmy nowości.  
Trzy stanowiły główną bazę.
Najpierw ta zaraz za rogiem, w której po zmianie właściciela już nie było tak dobrze, jak za pierwszym razem, ale nadal miała tę wielką zaletę bycia „zaraz za rogiem”, a nam się nie chciało chodzić.
Na drugim miejscu była knajpa po przeciwnej stornie ulicy, z zielonym parasolem, uparcie nazywana przez nas „pierogarnią”, choć była to regularna restauracja, z całą masą innych rzeczy poza pierogami. Ale skoro przy pierwszym pobycie jedliśmy tam pierogi, nazwa przylgnęła i została.
Na trzecim miejscu była „nasza” knajpa z „naszym stolikiem”. Też pamiętana z poprzednich pobytów, głownie ze względu na деруны, czyli po naszemu placki kartoflane.  Z przepysznym sosem grzybowym (różne inne wersję też były, ja opanowałam właśnie tę grzybową). Ze wszystkich pobytów ta najmilej zapisała się w naszej pamięci. Nawet nie była daleko – od hotelu jakieś dziesięć minut spacerkiem zaułkami. Poprzednio bywaliśmy w niej tak często, że nawet dorobiliśmy się własnego stolika w takiej śmiesznej maleńkiej wnęce. Kiedy któregoś dnia w porze obiadowej okazał się zajęty, usiedliśmy gdzie indziej i nie zdążyliśmy jeszcze dobrze zagłębić się w menu, kiedy przyszedł kelner: „Państwa stolik za chwilę będzie wolny”.
Z szaleństw kawowo-deserowych raz odwiedziliśmy wielką cukiernię przy Akademickiej, z konieczności, bo muzeum otwierano godzinę później, niż zakładaliśmy, i gdzieś tę godzinę trzeba było spędzić. Oczywiście cukiernia też była już nam zanana z poprzednich pobytów.
 
A w ogóle każda wyprawa do knajpy była połączona ze wspominaniem innych knajp, w których powtarzało się jak refren: „a pamiętasz, kiedyś jedliśmy tam za rogiem… a w bok od tej uliczki był taki barek, gdzie kiedyś pierogi… a tam od rynku, gdzie nas zaprowadziła Wika… a w takiej wymyślnej, gdzie się wchodziło po karkołomnych schodkach czekoladę…, pamiętasz? pamiętasz? pamiętasz?”.
 
I był jeszcze Ul (albo Pasieka) – całkiem nowa knajpa, w połowie drogi między „zaraz za rogiem” a „naszą”. Wypiliśmy tam po okropnie słodkim drinku. Ale kiedy spróbowaliśmy pójść tam na obiad, odprawiono nas od progu, że niby wszystko pozajmowane. Nie widziałam nadmiaru gości, podejrzewam, że może bali się naszego marudzenia przy alkoholach.
I była jeszcze winiarnia, do której poszliśmy z Igorem na grzańca. Śmierdziało w niej okropnie tanim winem, a po grzańcu paskudnie rozbolał mnie żołądek.
 
Błędów żywieniowych było jeszcze kilka.
W knajpie na rogu nie zamawia się pizzy z frutti di mare, bo te oczywiście są z mrożonki. Na szczęście ten błąd popełnił tylko L. Odcierpiał swoje.
Soljanka zjedzona późnym wieczorem i „poprawiona” szarlotką może zatruć człowiekowi całą noc. Mnie zatruła.
Grzańca w podłej winiarni nie pijemy wcale. Tam nic nie pijemy, chyba że chcemy mieć kolejną noc zatrutą. Miałam.
 
Raków nie zdążyliśmy zjeść. Zobaczyliśmy ich cały półmisek wjeżdżający na ladę w pierogarni z zielonym parasolem, kiedy kończyliśmy obfity obiad. Obiecaliśmy sobie, że jutro… I coś nam jutro wypadło, nie poszliśmy.
Nie poszliśmy też do nowo odkrytego koktajl-baru przy Starym Uniwersytecie. Też coś nam wypadło.
Pożegnanie z jedzeniem nastąpiło już na lotnisku. Lotnisko nieduże, ale dobrze rozplanowane, dobrze oznakowane, ciche, spokojne, prawie puste. I knajpa, gdzie L. obficie, ja skromny rosół – pyszny. Karta alkoholi ciągnąca się przez wiele stron. Padło na aperol.
 
Po tych wszystkich gastronomicznych przygodach moja miłość do soljanki lekko przygasła.
Miłość do barszczu ukraińskiego (on we Lwowie naprawdę się nazywa ukraiński) trwa.
 
Gdybym jeszcze kiedyś miała się znaleźć w tym mieście…
 
Hotel na ulicy Stećki (dawna Senatorska) nazywa się Гуртожиток i stanowi stały punkt każdego naszego pobytu.  Pierwszy raz – ponad dziesięć lat temu. Najpierw koszmarna noc w brudnej, dusznej, przegrzanej kuszetce, potem żmudne wydostawanie się z molocha, zwanego вокзалем, monumentalnego labiryntu, gdzie marmury, brązy, złocenia pokryła patyna brudu, i każdy kąt objął wszechobecny smród, potem marznięcie na parkingu i wreszcie jazda rozklekotanym samochodem po wybojach (i tak mieliśmy szczęście, bo przygodni towarzysze podróży dysponowali wehikułem i oferowali się z pomocą, tak że nie byliśmy skazani na szukanie taksówki). A wszystko to o upiorne wczesnej godzinie  – piątej? szóstej? rano. I strach, że doba hotelowa pewnie od południa, więc co teraz. Tymczasem okazało się, że do pokoju można od zaraz, i w tym momencie hotel Гуртожиток jawił mi się rajem.
 
Pamiętam dokładnie każdy szczegół, jakby to było wczoraj. Klucz – staroświecki, przyczepiony do pękatej „gruszki”, windą na czwarte piętro, właściwy numer zaraz na początku długiego korytarza, otworzyć drzwi. Przestronny pokój,  umeblowany bardzo prosto, skromnie,  ale jest łazienka, jest łóżko. Szybki prysznic , żeby zmyć z siebie koszmar podróży i nurkuję pod kołdrę (a łóżko zadziwiająco wygodne) i niemal natychmiast zapadam w sen. Po kilku godzinach budzi mnie jasność dnia, wlewająca się przez pojedyncze okno, przysłonięte białą firanką.
 
Przed wyjazdem okaże się jeszcze, że w hotelu można wynająć pokój na pół doby, co w sytuacji, kiedy pociąg o jedenastej wieczorem, okaże się znakomitym rozwiązaniem.
 
Z wad – nie dają śniadań. W pokoju jest lodówka, czajnik „pobiera się” w recepcji za kaucją, więc trochę ratowaliśmy się kanapkami, dopóki nie odkryliśmy knajpy tuż za rogiem. Czynna od ósmej rano, dodatków do owsianki chyba z pięć, tak że każdego dnia miałam inną kombinację, a oprócz tego znakomite naleśniki (ja na słodko, L. najczęściej z kawiorem – mnie te akurat nie zasmakowały). Chodziliśmy tam codzienne, a czasami nawet dwa razy dziennie – na śniadania i na kolacje).
 
Po tym pierwszym wyjeździe przyszły następne – w sumie pięć albo sześć. Pewne rzeczy się zmieniły, inne trwają. Hotel przetrwał bez zmian (a, prawda, kaucję za czajnik zlikwidowano, teraz dają całkiem za darmo), niestety knajpa za rogiem już od naszego drugiego pobytu zmieniła właściciela i to już nie jest to. Z menu śniadaniowego zniknęła owsianka, a L. twierdzi, że naleśniki z kawiorem, pogorszyły się, i to bardzo. Ale i tak tam chodziliśmy za drugim, trzecim, czwartym razem, bo wygodnie. I teraz też.
 
Tym razem najbardziej zmieniła się sama podróż. Już nie kuszetka i noc w pociągu. Teraz był samolot.
03.10 WRO 12:00 LWO 14:15
Z powrotem
07.10 LWO 14:15 WRO 15:00
Godzina i kwadrans lotu i człowiek wylądował na Kresach (przestawić zegarek).
 

  • RSS