maryjka blog

Twój nowy blog

K2

Brak komentarzy

A więc jednak Żebrem Abruzzów. 

To ja teraz trzymam kciuki, żeby weszli. 

 

K2

Brak komentarzy
Kibicowałam i nadal kibicuję. Ale po przeczytaniu wiadomości, ze rezygnują z Drogi Basków, straciłam nadzieję, że wejdą. Rozważana jest jeszcze inna droga wejścia. Ciekawa jestem która. Żebro Abruzzi? Grań Południowo-Wschodnia? Bo chyba nie Magic Line.
24 stycznia (środa)
 
Przysięgałam sobie, że śniadanie będzie albo kontynentalne, albo jajecznica, ale kiedy kelnerka podeszła do mojego stolika, z przyzwyczajenia jęknęłam „full Irish”. A co tam, jutro zjem w domu. Tym razem po śniadaniu dospać się nie dało, bo bilet do Trinity miałam na jedenastą, a przedtem jeszcze trzeba było się spakować, bo tym razem wyruszałam z całym majdanem. Polar wylądował jednak z plecaku, jakoś wlazł i książki też włazły i wszystko wlazło. I ciążyło. Kiedy na lotnisku go wreszcie zważyłam, okazało się że 7,8 kg. Początkowo odrobinę mniej, bo ostatnią książkę kupiłam dopiero w Trinity.
 
Zawędrowałam jak po sznurku, kilka minut przed stosowną godziną byłam już przed wejściem, od tej strony, gdzie wchodzą posiadacze biletów zakupionych przez internet, w celu avoid” kolejek. Mogłam to sobie darować, bo kolejki nie było żadnej.
Zwiedzanie trochę utrudnione, bo wystawa nie dysponuje szatnią, musiałam nieść ciężar na plecach i jeszcze płaszcz przewieszony przez ramię (dobrze, że polar zmieścił się w środku),a w rękach kajecik i długopis do robienia notatek. Toalet też brak, no doprawdy. To znaczy toalety są, ale w budynku obok i jak kto musi, to powinien się tam udać przed wejściem na wystawę. Ja musiałam, ale nie wiedziałam. Dopiero kiedy pani skasowała mi bilet, a ja zerknęłam na ulotkę z planem i napisu WC nie znalazłam. Ale miła pani od biletów wytłumaczyła mi, gdzie mam iść, i uspokoiła w sprawie ponownego wejścia. Mam się nie martwić, wpuści mnie.
No to wyszłam a potem weszłam po raz drugi.
 
Wystawa głównie planszowa. Z bardzo porządnymi objaśnieniami, co to takiego ta Book of Kells, i mnóstwem powiększonych reprodukcji, na których świetnie widać szczegóły.
A potem się przełazi do drugiej sali, gdzie w gablocie oryginał. Dwa woluminy, co mnie początkowo wprawiło w zakłopotanie, bo jak to, dwie księgi? Kopia jakaś? Nie rozumiem. Potem doczytałam, że nie dwie nawet, a cztery, bo w 1953 oprawiono to na nowo, w czterech woluminach, z czego wystawiane są dwa. Wzruszona, że oglądam takie dzieło, zanotowałam starannie w zeszycie, że jedna otwarta była na f. 43v i 44r (Ewangelia św. Mateusza), a druga na f. 182v i 183r (św. Marka).  Ta pierwsza pokazywała całostronicową miniaturę (tu niestety nie zanotowałam, co było na obrazku), ta druga pismo, tak zwaną majuskułę insularną, bardzo piękną i czytelną. Oczywiście wolałabym obejrzeć w  oryginale słynną stronę Chi Rho, otwierającą Ewangelię Mateuszową, ale to już byłoby zbyt wiele żądać. Chi Rho była tylko w reprodukcji. Oprócz tego w gablocie była jeszcze Book of Mulling (bardzo zniszczona) i Book of Dima. W Sali przez większą cześć czasu byłam sama (nawet strażnik wyszedł gdzieś na chwilę), więc mogłam sobie oglądać, oglądać, oglądać. Nikt mi nie przeszkadzał i ja nie przeszkadzałam nikomu.
A w ogóle, to z bardzowszesnośredniowiecznych ksiąg iluminowanych przetrwało zaledwie 9, a czego Trinity College posiada 7.
Z tej sali schodami przechodziło się do Long Room, czyli dziewiętnastowiecznej sali bibliotecznej (63,7 m długości, 12,2 szerokości, 14,2 wysokości). Po obu stronach regały po sklepienie, zastawione czcigodnymi woluminami, marmurowe popiersia uczonych w piśmie – robi wrażenie. W gablotach pośrodku wystawione różne cymelia, między innymi genealogia króla Edwarda IV wywiedziona od Noego. Czyżby w związku z krążącymi tu i ówdzie pogłoskami o jego nieprawym pochodzeniu? Był teżkącik poświęcony niejakiemu Marvonowi Leonardowi Colkerowi, profesorowi uniwersytetu w Virginii, który przez trzydzieści lat przyjeżdżał do Irlandii i katalogował tutejsze średniowieczne rękopisy. Ano, ludzie mają różne pasje. Jedni co roku jeżdżą zdobywać Nanga Parbat, inni przesiadywać w bibliotece.
Z Long Room schodziło się prosto do sklepiku, gdzie długo się miotałam między pocztówkami, a książką. Pocztówki wydawały mi się ładniejsze, w końcu jednak zdecydowałam się na książkę. Przy kasie zagadnął mnie pan z obsługi. Bo zauważył mie wcześniej, że tak pilnie notuję, więc pewnie jestem pasjonatka. To on mi poleca oficjalną stronę internetową biblioteki, na której mogę sobie pooglądać różne niewystawiane wspaniałości, a oprócz tego mieć informację o nadchodzących wystawach. Zanotował adres na karteczce, a ja karteczkę oczywiście wzięłam.
 
Po wyjściu stanęłam niczym ten Herkules na rozdrożach i zaczęłam myśleć, co zrobić z resztą czasu. Iść zdobywać zamek czy raczej jeszcze raz do galerii (przecież to po drugiej stronie ulicy), pogapić się na obrazy? W końcu padło na zamek, do którego wreszcie trafiłam bez trudu.
 
Zamek jak zamek. Wersal to nie był, no i dobrze, bo nie przytłoczył ogromem. Ale miał porządną szatnię, w której mogłam złożyć płaszcz i ciężar przed udaniem się na komnaty. Nie było ich tak strasznie wiele, więc się nie nachodziłam, nie były też jakoś szczególnie imponujące. W końcu wicekról to nie to samo co król. Ale nie żałuję.  Korytarz rządowy, Salon, Sala Tronowa, Galeria Obrazów, Sala Wedgwood, Sala Gotycka, Hall świętego Patryka, Komnata Jamesa O’Connolly’ego (wreszcie się dowiedziałam, kto to był; swoją drogą nie rozumiem, dlaczego jego most i jego ulica nazywają się O’Connell, skoro on sam O’Connolly). Ranny w Powstaniu Wielkanocnym w 1916 po pojmaniu  był leczony właśnie w tym pokoju (zamek zamieniono wówczas na szpital), zanim go stracono w więzieniu Kilmainham, przywiązanego do krzesła, bo był ranny w nogę. Przypomniał mi się od razu esej Łysiaka z Francuskiej ścieżki o innych rozstrzelanych na krześle (Ciano i generał d’Elbée z Wandei; to już sprawdziłam po powrocie; byłam przekonana, że Ney, a drugiego nazwiska nie pamiętałam wcale).
 
Mnóstwo wielkich portretów wicekrólów i innych ważnych postaci, a także parę ciekawostek. Przede wszystkim The Irish Sword of State, zamówiony przez Karola II, a ostatnio użyty oficjalnie w 1921 podczas otwarcia parlamentu Irlandii Północnej w Belfaście. A potem przekazany przez Brytyjczyków Irlandczykom. Jako memento?
Zabawna grafika przedstawiająca wizytę królowej Wiktorii w 1900. Otóż podczas przejazdu ulicami nie dało się tego uniknąć. Otwarty powóz wiozący królową mijał boczną uliczkę, Wiktoria odwróciła głowę i zajrzała w głąb uliczki, a tam… żadnych flag dekorujących miasto i świętujących tłumów, tylko ludzie w łachmanach, pranie na sznurkach i ogólna bieda z nędzą. Obrazek ukazał się w „The Illustrated London News”. Drugi obrazek z ostatniej już wizyty Wiktorii w Irlandii na rok przed śmiercią – królowa jest wieziona w fotelu na kółkach.
Obrazy z Sali tronowej. Namalował je niejaki Gaetano Gandolfi, około 1767. Wulkan w kuźni, Minerwa, Eol wręczający Odysowi worek z wiatrami, Junona, Wenus. Same obrazy mocno takie sobie, ale zachowały się też rysunki przygotowawcze, które na zamku pokazują i i zestawienie jednego z drugim robi się pouczające. Był jeszcze  drugi obraz z Wenus, już nie do Sali tronowej, i ten zaginął. Ostatni raz widziano go w 1928 w ambasadzie amerykańskiej, a potem kamień w wodę.
 
I wreszcie była wystawa poświęcona osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej higienie. No że się generalnie nie myto, to wiedziałam, że kremy z dużą zawartością ołowiu były wręcz niebezpieczne dla zdrowia też wiedziałam (w końcu czytał człowiek Lalkę Prusa), wiedziałam też, że wstawiano prawdziwe zęby (sama tłumaczyłam powieść, w której cesarzowej Józefinie wstawiono ząb świeżo wyrwany jakiejś dziewce z ludu – nawiasem mówiąc, nie przyjął się), ale nie wiedziałam… że szczególnym popytem cieszyły się zęby poległych pod Waterloo (Waterloo teeth), jako pochodzące od młodych, zdrowych, dorodnych żołnierzy… Makabra.
 
 
W końcu trzeba było opuścić komnaty. Powlekłam się na znajomy przystanek 474 koło banku, wsiadłam, zajechałam na lotnisko.
 
A potem już było całkiem normalnie, bez przygód. Lekko opóźniony DUB 10:10 WRO 22:45.
 
Taksówka, byłam w domu, mogłam się napić herbaty (ale najpierw sprawdzić maile; tego, na który czekam, nie ma; nie wiem, czy to dobrze czy źle). Na kuchennym stole leży tom GórFanki, Czerwińskiej, który podczytywałam przed samym wyjazdem do śniadania. Grzbietem do góry, otwarty na tej stronie, którą przerwałam, kiedy już trzeba było wyjść. Podniosłam i podjęłam lekturę. Żeby nie myśleć o tym, że właśnie wróciłam, że nie wiem, kiedy znowu gdzieś wyjadę.
I jeszcze o innych rzeczach.
Coraz dłuższe mi wychodzą te elaboraty. Już nie tylko, gdzie wsiadłam i gdzie wysiadłam, ale też, gdzie spałam i gdzie s… No i dobrze, mój blog, moje poletko, moja podpórka pamięci, moja ściąga do wspominania po latach. Czyli wracamy do Dublina.
 
23 stycznia (wtorek)
 
Jak dobrze się spało przy szumie Niagary. Jak ciężko było wstać. Po wczesnym śniadaniu (full Irish, a co), znowu wróciłam do łózka i zaległam. Przecież galerię otwierają dopiero o dziesiątej i doprawdy nie muszę tam być od pierwszej minuty.
Wyjść też było ciężko. Zmęczenie i głowa boli. Poratowałam się tabletką i jeszcze jedną herbatą. Może jakoś to będzie. Przecież nie wypada nie iść. Mogłabym sobie darować jakieś ogólne zwiedzanie, ale przecież nie wystawę, na którą przyjechałam specjalnie. Turner czeka, idziemy. Tylko, wiesz co, panna? Słońce świeci, zostaw ty w szafie ten gruby polar, bo się umęczysz. Zostawiłam, zastąpiłam drugim cienkim swetrem, który miał być „na zmianę”.
 
Oczywiście go galerii szłam bez planu, bo przecież ja po Dublinie… Oczywiście do rzeki trafiłam bez pudła (cały czas prosto), minęłam most, a potem już skonsultowałam z planem, bo mi się przypomniało, że przy poprzednim pobycie na tym tu rozwidleniu źle poszłam i musiałam nadkładać drogi. Więc było uważne patrzenie na plan i na to, co wokół mnie, wodzenie palcem po mapie i wskazywanie palcem kierunków. A potem źle skręciłam. Nie wiem, czy tak samo źle jak poprzednio W dodatku zdradziecka ulica skręcała tak podstępnie, że zanim się człowiek zorientował, to już kroczył w kierunku dokładnie odwrotnym od zamierzonego. Dopiero kiedy zobaczyłam kościół i pocztę, przyszło otrzeźwienie.  Zaraz, przecież poprzednio kościół i poczta były, kiedy wracałam z galerii, a nie kiedy szłam do. Ale nic złego sienie stało. Weszłam na pocztę, kupiłam znaczek na tradycyjną pocztówkę do Andy’ego, a potem zawróciłam i już bez planu, bo po co mi plan na ulicach Dublina, które znam tak świetnie, poszłam do galerii. I doszłam.
 
Najpierw był Turner, bo przecież po to tu przyjechałam. Ależ ten facet miał wyobraźnię. Wystawa w dwóch salach, znowu przy sztucznym świetle, więc doprawy wszystko jedno, czy w styczniu czy w czerwcu. Wszystko pięknie wyeksponowane, ludzi mrowie. Obejrzałam powolutku, najpierw po kolei, a potem jeszcze kilkakrotnie wracałam do tych najładniejszych. A na zakończenie kupiłam sobie katalog, żeby mieć na co patrzeć potem. Nie potrafię powiedzieć, która część zbioru bardziej ni się podobała, czy edynburska, czy dublińska. Właściwie obie były na podobnym poziomie.
 
A po Turnerze poszłam oglądać cała resztę, z niezłomnym zamiarem, że wszystko będzie po kolei i dokładnie. Doprawdy zwiedzanie dublińskiej galerii po kolei (znaczy, od średniowiecza po współczesność) to duża sztuka. Po pierwsze trzeba zacząć od trzeciego piętra i potem schodzić na parter, co jest mniejszym problemem. Po drugie trzeba zacząć od sal z największą numeracją i przemieszczać się ku coraz niższym numerom, co nieco utrudnia. Po trzecie sale biegną w trzech równoległych ciągach (trzy zlepione ze sobą skrzydła; nigdy nie wiedziałam, czy w danej chwili jestem w MIltown, Dargan, czy Beit Wing)), w dodatku dwa skrajne z podwójnym ciągiem sal i numeracja biegnie częściowo wzdłuż, częściowo w poprzek tych ciągów. Więc trzeba naprawdę uważać, żeby czegoś nie ominąć. No ale z planem galerii jakoś dałam radę. Odświeżyłam znajomość z obrazami, które mi się podobały poprzednio, „dodglądałam” sobie przeoczone.
Caravaggio już wrócił z wojaży i wisiał na ścianie. Oczywiście dopiero w chwili, kiedy go zobaczyłam, przypomniałam sobie, że miałam tu przyjechać z egzemplarzem Harra, żeby jeszcze raz dokładnie przeczytać, już patrząc na obraz. Niestety byłam bez Harra. Piąte przez dziesiąte pamiętałam, że ktoś tam miał za długie ramię, albo koślawe ramię, ale nie pamiętałam kto. Na wszelki wypadek obejrzałam dokładnie wszystkie występujące na obrazie ramiona, ale nic mi się szczególnie nie rzuciło w oczy. Ślady żłobienia końcem pędzla też próbowałam wypatrzeć, ale daremnie. Obraz wisi za szybą z dużym dystansem, tak że ogląd z boku jest w zasadzie niemożliwy. Oczywiście sprawdziłam też, czy nie ma robaczków. Bo Harr opisywał, jak to jedna zwiedzająca o bystrym oku wypatrzyła robaczka wystawiającego główkę zza ramy. Obraz zdjęto i okazało się, że od tyłu cała chmara robaczków zajada się klejem użytym do dublowania.
W salach z malarstwem irlandzkim nawet się nie starałam zapamiętać tych kompletnie nieznanych mi nazwisk. Po prostu zabawiałam się znajdowaniem ich polskich odpowiedników: O, ten jak Szermentowski, a ten to niczym Antoni Lange, a tu znowu co za Gierymski. A całkiem dobre mają to malarstwo, wcale nie gorsze od naszego. I jeszcze mój ulubiony J.B. Yeats (tym razem żółty koń nie zrobił na mnie takiego wrażenia, bardziej podobały mi się pejzaże).
I jeszcze wystawa czasowa Williama Orpena. To taki Irlandczyk służący w armii brytyjskiej jako artysta, który w 1917 pojechał malować pola bitwy nad Sommą. Na tablicy informacyjnej wyczytałam, że jego obrazy przedstawiają obszar niegdyś zaludniony i zagospodarowany, a teraz straszliwie okaleczony i opustoszały, który przyroda na powrót obejmuje we władanie i usiłuje zaleczyć, zakryć roślinkami te okopy i leje po wybuchach. Szczerze mówiąc patrząc na same obrazy w życiu bym się tego nie domyśliła. Dla mnie były to nieźle namalowane, barwne pejzaże. No owszem, był tam taki wielki krater, ale dla mnie zwyczajna dziura w ziemi, a nie lej po bombie. Widok okopu ze szkieletem w szynelu pomijam. Więc albo artyście nie do końca wyszło, albo ja mało wrażliwa.
 
A potem, kiedy już prawie byłam w szatni… odwróciłam się i jeszcze raz pomaszerowałam na Turnera. Bo jakże to tak wyjść, kiedy jeszcze można oglądać. Teraz już nie było takich tłumów jak rano, więc powoli, spokojniutko obejrzałam sobie wszystko jeszcze raz.
 
Kiedy zeszłam do szatni, na wieszaku wisiał już tylko mój płaszcz. I tak jak rano nie chciało mi się opuszczać hotelu i iść do galerii, tak teraz nie chciało mi się opuszczać galerii. I nostalgicznie myślałam o tym, że ja tu już przecież nie wrócę.
 
Żeby się całkiem nie rozczulić, poszłam szukać Trinity College, gdzie miałam się stawić dnia następnego o dziesiątej rano, z kupionym przez internet biletem na wystawę Book of Kells. Nie musiałam szukać długo, bo okazało się, że to wielkie szare niemal naprzeciw galerii to właśnie to. To znaczy niezupełnie to, ale przez pasaż w wielkim szarym wchodzi się na dziedziniec tego właściwego. Strzałki poprowadziły, już wiedziałam, gdzie mam stanąć jutro o dziesiątej. Albo i za pięć dziesiąta.
 
A potem poszłam jeszcze na długi spacer nabrzeżem Liffey. Najpierw jedną stroną, potem most (jeden z tak wielu mostów) i powrót drugą stroną, do O’Connell Bridge, skąd jak wiadomo do hotelu to już tylko prosto.
 
W Lutym w Godzinkach śnieg. Na pierwszym planie po lewej wiejska zagroda otoczona plecionym płotkiem. Po lewej w chacie kobieta i dwaj mężczyźni siedzą na ławie przy ogniu. Kobieta podciągnęła błękitną suknię – grzeje nogi. Drzwi otwarte szeroko – nielogicznie, bo przecież zimno wpada do środka, ale inaczej nie dało się pokazać jednocześnie tego, co w domu, i tego, co na zewnątrz. Na podwórzu w zagrodzie pod daszkiem stłoczone owce, obok, na pierwszym planie wrony grzebią w śniegu. Już za płotem zaśnieżony, pagórkowaty krajobraz z drogą do wioski, majaczącej na horyzoncie. Na drodze wędrowiec prowadzący osiołka objuczonego wiązkami drewna. Po prawej lasek, oszronione drzewa, a na jego skraju drwal z siekierą. Niebo trochę w błękitach, trochę w szarościach, zasnute chmurami. Śnieg, dużo śniegu. Pierwszy zimowy krajobraz w malarstwie europejskim.
 
Przewróciłam kartkę w kalendarzu na luty i wtedy mi się przypomniało. Przecież w Edynburgu było jeszcze coś, o czym wczoraj zapomniałam. Śnieg. Nie przez cały czas. Kiedy jechałam do miasta, a potem wchodziłam do galerii śniegu nie było. Było brudno, szaro, a w parku miejscami zielono. Potem było te kilka godzin z obrazami, w salach z oknami szczelnie pozasłanianymi, aż wreszcie zeszłam na dół, do szatni. Szatnia, sklepik, knajpka dla uboższych i ekskluzywna restauracja (proszę czekać na wskazanie stolika) mieszczą się na najniższym poziomie, schodzi się niczym do piwnicy. I cała jedna ściana tego wielkiego pomieszczenia jest przeszkolona. Zeszłam tam i oniemiałam. Za szklaną taflą było biało. Podczas gdy ja zwiedzałam, spadło mnóstwo śniegu i miasto nagle wypiękniało. W parku dzieci rzucały śnieżkami. Zaczęło topnieć równie szybko, jak się pojawiło. Zanim doszłam do autobusu na moście (5 minut drogi) już się robiło brzydkie błoto. Czar zniknął. Ale pierwsze wrażenie – wspaniałe.
 
A teraz wróćmy już do Dublina.
22 stycznia (poniedziałek)
 
Doprawdy nie wiem, o co chodziło tym ludziom, którzy wypisywali negatywne komentarze na Bookingu: najgorszy hotel, w jakim spałem; nigdy więcej; brudno, hałaśliwie,  nieuprzejmi, śniadanie okropne. Mnie się wydało całkiem ok. Nie tak romantycznie, jak w Inn on the Liffey w pokoiku na poddaszu poprzednio, za to wygodniej. Gdybym miała jechać po raz trzeci, chyba jednak padłoby na Charles Stewart (mimo braku ciasteczek do herbaty). Pokój wąska kiszka, ale przecież nie zamierzałam tańczyć, łóżko super wygodne. Łazienka… hm, na plus zapisujemy jej obecność i czystość. Mikroskopijny wymiar całości i kabiny prysznicowej wybaczamy. Idiotyczne brytyjskie dwa krany w umywalce (z jednego leci wrzątek, z drugiego lodowata woda) traktujemy jako folklor lokalny. Nie wybaczamy braku jakiejkolwiek półeczki w kabinie prysznicowej, bo trudno jest podnosić z podłogi buteleczkę z szamponem czy gąbkę.
Z „cicho” bywało różnie. Od ulicy zero hałasu, bo pokój miałam od tyłu, z oknem wychodzącym na malutki, cichutki, zamknięty placyk. Głosów sąsiadów też nie słyszałam. Za to faktycznie słychać było ogrzewanie i kanalizację. Szum niczym z Niagary – a to sąsiad bierze prysznic, albo spuszcza wodę w łazience. Tylko że mnie to nie przeszkadzało. Fajnie się śpi przy jednostajnym szumie Niagary.
Oprócz telewizora i czajnika, pokój miał na wyposażeniu także smartfon – do użytku jak długo jesteś gościem. W dołączonej ulotce wyczytałam, że dzięki temu zmyślnemu urządzeniu mam do dyspozycji: umlimitted local and international calls, free internet, coś tam jeszcze i exclusive brand prostitutes. Chwileczkę, na pewno prostitutes? Ach nie, exclusive brand promotions. Na wszelki jednak wypadek z dobrodziejstw smartfona nie korzystałam.
I była też sala telewizyjna. Z telewizorem, a jakże, choć nie wyobrażam sobie, aby goście się tam zbierali na wspólne wieczorne oglądanie filmów. Ale oprócz telewizora był tam też komputer dla gości. Z drukarką. Czyli gdybym na powrót nie odprawiła się w domu, nie miałabym żadnego kłopotu z wydrukowaniem karty. Za ten pomysł duży plus.
I wreszcie była jadania, do której się schodziło prawie w podziemia. Wielka jadalnia. Oferta śniadania kontynentalnego skromniutka, więc się skusiłam na full irish breakfast. Z pewnymi obawami, ale akurat kelnerka podała gościowi przy sąsiednim stoliku i wyglądało kusząco. Bez grzybów, bez black pudding, kiełbaski, bekon, pomidor i fasolka. Zmogłam z pewnym trudem, ale nie było tak źle jak swego czasu na Wale Hadriana, gdzie sobie obiecałam, że never more. Zjadłam, do tego morze herbaty.
Wróciłam na piętro, szykować się do wyjścia. Ale czy ja tak naprawdę chcę wychodzić. Taka zmęczona? Taka senna i ociężała. O tak wczesnej godzinie? Przecież nie mam napiętych planów. Powoli, zdążę. Niewiele myśląc, wsunęłam się z powrotem pod kołdrę. Zasnęłam.
O dziesiątej obudził mnie gwar. Ciche podwóreczko za oknem okazało się podwórkiem szkolnym i właśnie szalały na nim dzieciaki. Niech sobie szaleją. Wstałam ubrałam się i ruszyłam w miasto.
Najpierw oblazłam sumiennie dookoła Parnell Square i obejrzałam tamtejsze budowle (to dlatego, że w informacji hotelowej znalazłam ulotkę, że najbliższa okolica ciekawa, że tu mieszkał ten i ów – na przykład ów Parnell – że warto zobaczyć). Zobaczyłam posiedziałam chwilę w Parku Pamięci, pod pomnikiem walczących o wolność (Irlandii, oczywiście), a potem było już prosto O’Connell Street, O’Connell Bridge na drugą stronę rzeki i do kościołów. Szłam bez planu, bo jak przecież Dublin bardzo dobrze znam. Najpierw do Christ Church Cathedral, gdzie tam mi się podobało poprzednio.
W pewnej chwili poczułam, że muszę przyspieszyć. Full irish breakfast zdradzało wyraźną tendencję do wydostania się na zewnątrz. No więc szybkim marszem. Wejść, kupić bilet i do krypty, gdzie za sklepikiem krył się upragniony zakątek z napisem „Ladies” na drzwiach. Weszłam, rzuciłam okiem w lustro i zmartwiałam. Czy ta baba z rozczochraną szopą siwych włosów, spocona od szybkiego marszu i wściekle czerwona na twarzy to naprawdę ja? Ta stara szpetota? Ano, ty, ty, nikogo innego tu nie ma w tym zakątku za sklepikiem. W całej krypcie jesteś sama jedna. Nawet sklepik zamknięty.
Pobyłam w samotności, umyłam ręce, wylazłam na powierzchnię, odetchnęłam. Nie było tak źle. Było dobrze. Gruby polar upchałam w plecaku, wyjęłam kupioną poprzednio broszurę o kościele i oddałam się studiowaniu. Z przewodnikiem w ręce obeszłam cały kościół dookoła, obejrzałam każdy witraż, każdy kapitel, każdy nagrobek, każdą rzeźbkę i co tam jeszcze było. Powoli, dokładnie, smakując.
Znowu nagrobek Henry’ego Mathiasa, który skonał 15 czerwca 1849, mając lat 28 gdzieś w Arktyce. W krypcie znowu truchełka szczura i kota, które utknęły w piszczałkach organów i już tak zostały, co uwiecznił Joyce. I wystawa sreber ofiarowanych przez Williama III katedrze po zwycięskiej bitwie pod Boyne. I wreszcie w jednej z gablot, też w krypcie wystawiona Liber Niger, czyli taka księga datowana na 1301 (ciągle się zastanawiam, czy to oryginał, podobno tak, wystawili w 2015 z okazji 800 rocznicy Magna Charta), zawierająca różne teksty, w tym tekst Magna Charta właśnie. Dużo czasu spędziłam przy interaktywnym stanowisku, czytając sobie o tej Magna Charta, bo to było ciekawe. Irlandzki kopista, który spisywał treść pozamieniał Londyn na Dublin, Tamizę na Liffley, tu i ówdzie dodał słówko „kanonik” (tam, gdzie była mowa o przywilejach) i tym sposobem powstała Magna Charta Hiberniae. Obowiązująca.
Po Kościele Chrystusowym była katedra Św. Patryka. Znowu polazłam bez planu, bo przecież świetnie znam Dublin. Tam znowu wyciągnęłam przywiezioną z Polski broszurę i studiując pilnie obejrzałam każdy kapitel, każdy witraż itp. O proszę, znajomy pomnik kapitana Johna McNeilla Boyda, który stracił życie w Kingstown w 1861 próbując ratować załogę brygu Neptun. Biedy kapitan, zmyło go z nabrzeża, a z nim jeszcze wiele innych osób, które też próbowały ratować tych z Neptuna. Pochowali na cmentarzu przy katedrze, a wierny pies położył się na grobie i wył. Kiedy czytałam o tym w przewodniu poprzednio, szczerze mnie wzruszył ten pies. Teraz tylko przypomniało mi się, co powiedział gadający pies Gaspode (Pratchett, oczywiście): „a co miał robić, jak mu ogon przyciśnięto płytą nagrobną”.  Potem jeszcze podumałam przy nagrobku Johnatana Swifta, który był kanonikiem katedry (dożył 79 lat ponoć dlatego, że bardzo dbał o higienę osobistą i codziennie ćwiczył), a na koniec pobawiłam się jeszcze w kąciku edukacyjnym w brass rubbing.
Lekko licząc, na każdy kościół przeznaczyłam dwie godziny.
No to teraz zamek, ratusz odpuszczamy.
Poszłam bez planu, bo przecież po Dublinie chodzę jak po rodzinnym Wrocławiu. I nie wiem, jak to się stało, ale tym razem zabłądziłam. I tak błądziłam, błądziłam, błądziłam, co ostatecznie można było nazwać też zwiedzaniem Dublina. Zabłądziłam tak skutecznie, że nawet plan nie pomógł, pomógł dopiero tubylec, który podszedł i zapytał „lost?”, na co odpowiedziałam pytaniem „a do rzeki to w tę, czy w tę?”. Pokazał mi palcem kierunek. Okazało się, że byłam całkiem blisko rzeki, a dalej to już było prosto. Tylko że kiedy do tego zamku dotarłam, okazało się, że czasu nie ma zbyt wiele, bo za godzinę zamykają. Więc zamiast zamku zwiedziłam sobie ratusz jeszcze raz, bo tam nie ma wiele do oglądania. Główny hall i tyle. Aha, i jeszcze wystawa o Dublinie w przyziemiu. Z której niewiele do mnie dotarło.
Wyszłam, zrobiło się ciemnawo, więc przewlokłam się jeszcze przez malownicze uliczki Temple i wreszcie uznałam, że dosyć. Pomysł wieczoru w pokoju hotelowym, z herbatą, ostatnią bułką z Polski, lekturą kryminału wydał mi się wcale pociągający. Bardziej niż pomysł z wypróbowaniem pubu, irlandzkiej muzyki i irlandzkiej whisky. I ten właśnie pomysł zrealizowałam.   Ech, starzejemy się.
 
Lubił pisać listy, Zmieniały świat na lepsze, ponieważ mógł w nich pomijać złe kawałki.
 
O złych kawałkach pisać nie będziemy. Wystarczy, że są.

Edynburg

Brak komentarzy
Wyrok na bloga został odroczony o miesiąc, więc sobie jeszcze popiszę. Co dalej, nie wiem. To znaczy, trochę wiem. Skopiować, już skopiowałam po partacku, przenosin na pewno nie będzie. Może założę nowy, może nie. Jeśli założę, nie zależy mi na ciągłości. Byłam Ścieżką, jestem Maryjką, mogę być kimś trzecim. Przecież to ciągle ta sama ja. Ale nie wiem, czy założę.
 
Lubił pisać listy, Zmieniały świat na lepsze, ponieważ mógł w nich pomijać złe kawałki.
To cytacik. Z Pratchetta, oczywiście.
Na blogu też pominiemy złe kawałki, że czekam, ze myślę, że się martwię. Niczego nie zwojuję, więc piszmy o czymś przyjemnym. Co prawda włos mi się jeży na głowę, kiedy pomyślę, że trzeba teraz opisać ostatnią wyprawę. Niby tylko cztery dni, niby nic się takiego nie działo, ale nie chce mi się zagłębiać w te szczegóły, szczególiki, ze tu wsiadłam, tu wysiadłam, tu się zgubiłam, a tu znowu znalazłam. Ale potem fajnie się czyta po jakimś czasie, człowiek tyle sobie przypomina…
 
Podróż jest wspaniała tylko z perspektywy czasu.
A to znowu cytacik z Paula Theroux. Nie do końca się zgadzam z nieznanym mi panem Theroux (nawet nie chce mi się sprawdzić, kto to taki; no dobra, sprawdziłam, pisarz i podróżnik; żadnej książki nie czytałam, nawet tytuły są mi nieznane; cytacik mam z drugiej ręki, od Grega Childa, bo ciągle tkwię w literaturze wysokogórskiej; lepsza niż kryminały i trup też się ściele gęsto). Nie tylko z perspektywy czasu. Ale z perspektywy czasu na pewno.
 
Czyli piszemy, jak to się wszystko odbyło.
Najpierw trzeba było wydrukować ostatnią, a właściwie pierwszą kartę pokładową – do Edynburga, co robiłam w ostatniej chwili, w piątek, o mały włos nie skasowawszy sobie wcześniej linka do odprawy. A w ogóle to zapomniałam, ze ten bilet kupowałam przez e-sky i polazłam od razu do mojego konta na Ryanairze. A tam brak informacji, jakobym w ogóle kupowałam taki bilet. Nie powiem, zimno mi się zrobiło. Zanim jednak wykonałam rozpaczliwy telefon do Ryanaira, postanowiłam sprawdzić, kiedy dokładnie kupowałam ten bilet. I w starych mailach wygrzebałam, nie tylko datę, ale i link do odprawy. I teraz już wiem, że na koncie w R. zapisują się tylko rzeczy kupowane u nich bezpośrednio. A jak przez pośrednika, to się nie zapisują. Niby proste, ale mi się pokręciło.
A potem trzeba się było spakować. Niby miałam na to piątkowe popołudnie i całą sobotę, ale postanowiłam przedtem skończyć tłumaczenie jednego opowiadania, żeby mieć z głowy. I potem walczyłam do sobotniego wieczora. Pakowanie o tyle mnie „straszyło”, że pojęcia nie miałam, co zabrać. Cztery styczniowe dni w Szkocji i w Irlandii. W co się ubrać, do cholery? Czy aby nie zamarznę. Uprzedzając – nie zamarzłam, a nawet wręcz przeciwnie, ubrałam się za grubo. Najgrubszy z polarów okazał się przesadą. Z powrotem wiozłam go w plecaku.
Wreszcie koło 23 byłam spakowana, wykąpana, z umytą głową. No to spać. I spanie nie przyszło. Bezsenność, która mnie czasami atakuje, tym razem zaatakowała w sposób wyjątkowo perfidny. Wreszcie o trzeciej nad ranem…
O trzeciej nad ranem zasnęłam. A wstać trzeba było o piątej. Ciężko było. Przeklinałam pomysł wyjazdu, całkiem serio rozważałam opcję machnięcia ręką i niejechania nigdzie. Przecież nie musiałabym się tym chwalić. I tak nikomu nie powiedziałam, że jadę, więc nie musiałabym też mówić, że nie pojechałam. Oficjalnie miałam tydzień urlopu na siedzenie w domu i wypoczywanie po trudach. No to mogłam siedzieć i wypoczywać.
 
21 stycznia (niedziela)
Sprężyłam się jednak, ubrałam, zjadłam śniadanie (nawet poczytać do jedzenia zdążyłam), wypiłam herbatę i wystartowałam.
A potem było:
WRO 07:10 EDI 08:35
Bez przeszkód, bez opóźnień, bez kłopotów, bez miejsca przy oknie.
Bez kłopotów autobus do miasta (o jakie brzydkie to miasto). Wysiadłam na takim wielkim moście. Przystanek końcowy okazał się jednocześnie początkowym, co zwalniało z konieczności szukania autobusu na lotnisko. Dobra nasza. I co dalej? Nie miałam planu miasta, nawet takiego rysowanego przeze mnie na kartce, pamiętałam tylko, że to ma być gdzieś blisko. Ale gdzie? Zaczęłam się rozglądać, trochę po otoczeniu, trochę po ludziach (kto wygląda na takiego, kto będzie znał drogę do National Gallery of Scotland?). Nie musiałam pytać, galeria sama wlazła mi w oczy. Po jednej stronie mostu w dole jest park, a za nim na podwyższeniu galeria. Wystarczy zejść na dół i przejść parkiem, albo obejść górą, ulicą. Prościzna. Ze względu na błoto wybrałam górą ulicą.
W galerii zakochałam się od razu. Jest darmowa, jest nieduża, jest świetnie rozplanowana, ma znakomite obrazy. Potem w przewodniku wyczytałam, że wśród tych mniejszych „narodowych” uchodzi za jedną z najlepszych. Słusznie.
Zaraz na wstępie przywitał mnie Master of the Embroided Foliage, czyli Mistrz Misternego Listowia, znany mi z Na oślep Freyna, jednej z moich ulubionych książek. No cóż, miałam okazję się przekonać, jaką ignorantką byłam do tej pory. Przecież widziałam, że Freyn opisuje prawdziwe obrazy faktycznie istniejących malarzy, poza tym jednym Brueglem, którego odkrycie stanowi kanwę książki. I jednocześnie byłam przekonana, że ów Mistrz Misternego Listowia, którym na marginesie zajmował się bohater, to malarz wymyślony, nieistniejący. Nie wiem, co mnie tak zaćmiło. W każdym razie teraz wiem, ze Mistrz Misternego też istniał naprawdę i w dodatku był całkiem niezły.
A poza tym sporo rzeczy dobrych, bardzo dobrych, albo ciekawych. Na przykład cała seria Siedmiu Sakramentów Poussina. Dobra wcale, interesująca bardzo. Chrystus w domu Marii i Marty Vermeera – nienajlepszy, ale jedyny jego obraz religijny, i proszę, trafił się szkotom.  Wnętrze z młodym skrzypkiem Dou – jego najstarsze datowane dzieło, też u Szkotów. Wodospad Niagara Churcha – jedyny w Europie obraz malarza ze Szkoły Hudson – u Szkotów. Shipping by Moonlight Moneta – bodaj jedyny jego nokturn – u Szkotów. To aż niesprawiedliwe.
Z bardzo dobrych, albo tych, które mi się najbardziej podobały, to przede wszystkim Constable. I Gaugin. PO raz pierwszy naprawdę zachwyciłam się Gauginem. Żadne tam Bretonki czy Tahitanki. Pejzaż z Martyniki, wyglądający niczym batik.
I w sumie nie za dużo tego, i pięknie wyeksponowanie, porządnie opisane. Można spokojnie obejść nie umęczywszy się zbytnio, pooglądać, pozachwycać się, zapamiętać. Może się tam nawet jeszcze kiedyś wybiorę. Na jeden dzień. Polecieć, obejrzeć, wrócić. Bez oglądania reszty Edynburga, który podobno jest piękny, ale mnie się wydał paskudny.
No i oczywiście był jeszcze Turner. Wystawiany raz do roku. W styczniu, bo wtedy światło najsłabsze. Zważywszy, że wystawiany w sali bez okien, przy sztucznym świetle, to właściwie bez różnicy, ale wola ofiarodawcy zobowiązuje. Turner niestety bez katalogu, więc tylko kupiłam pocztówki. W liczbie sześć – komplet z najpiękniejszymi. Gdyby było więcej, też bym kupiłam, ale tu się Szkoci nie postarali. No trudno.
 
I tak w miłym otoczeniu przesiedziałam do 16.00. Myślałam jeszcze, żeby coś zjeść w galeryjnej kawiarni, ale skąpstwo (=oszczędność) powiedziało: nie. Muzealne kawiarnie są z reguły bardzo drogie, w plecaku mam tradycyjnie stłamszone bułki z Polski, które trzeba zjeść, wracam na lotnisko, przecież muszę się jeszcze odprawić. Ewentualnie jak wszystko pójdzie dobrze, to na lotnisku się uraczę jakąś słodyczą (bo Prince polo tym razem zapomniałam).
 
Autobus na lotnisko miałam zlokalizowany, dojechałam bez problemów (nawet bilet sobie wcześniej kupiłam powrotny, oszczędzając w ten sposób zawrotną sumę bodaj 1,5 funta). Niestety na lotnisku pojawiły się przeszkody. Najpierw tablica odlotów.  Wszystkie loty aż do późnych godzin wieczornych miały już podane nuner stanowisk do odprawy tylko przy moim EDI 19:40 DUB 20:55 komunikat „please wait”. Aha, i jeszcze przy odlatującym zaraz po nim Paryżu, który ostatecznie został odwołany. Oczywiście wyobraźnia momentalnie wystartowała, wyobraziłam sobie wszystko, co najgorsze. Odwołują, zostaję w Edynburgu bez noclegu, dublińska rezerwacja przepada. Zapomniałam o bułkach, o kawie, o deserze, krążyłam po hali odlotów, przysiadałam na ławce, usiłowałam czytać kryminał, co kwadrans wstawałam, podchodziłam do tablicy, sprawdzałam, bo może już. Please, wait. Wreszcie zdenerwowana do szaleństwa wypatrzyłam stanowiska Air Lingus, a przy stanowisku osobę. Podeszłam. Pani powiedziała, że jeszcze chwila cierpliwości, ale już zaraz, za dwie minuty, mogę już nie odchodzić. Faktycznie było za dwie minuty, odprawiłam się jako pierwsza. Czyli się udało. No to teraz przebiegnę sobie prędziutko przez kontrolę i w strefie luksusu, niedaleko bramki, zafunduję sobie ten deserek. Po takich nerwach należy mi się, a co.
Akurat. Przez kontrolę przedzierałam się długo i mozolnie, bo ludzi było mnóstwo i trzeba było zdejmować buty. A kiedy wreszcie się przedarłam i zaczęłam namierzać bramkę, rozległo się wycie. A potem komunikat. Alarm przeciwpożarowy. Proszę opuścić tę strefę i udać w bezpieczne miejsce.
A gdzie ono jest, to bezpieczne miejsce? Wszystkie sklepy i lokale pozamykały się błyskawicznie, a tłum, kierowany przez personel, zaczął iść. No to  też szłam. A potem tłum stanął, więc ja też stanęłam. Miejsce nie wydawało mi się specjalnie bezpieczniejsze od tego, w którym się znajdowałam, zanim ogłoszono alarm, ale co tam. Dymu nie czułam, ognia nie widziałam. Tylko wycie i komunikat powtarzało się co chwila. No i oczywiście wyobrażałam sobie, że w końcu nas ewakuują z budynku i jednak NIE polecę. Tłum stał, ja też stałam, nogi bolały, usiąść nie było gdzie. I wreszcie, wreszcie, wreszcie… Nie było osobnego komunikatu, ale personel dostał jakieś sygnały i pozwolono się nam rozejść. Knajpki otwarły się błyskawicznie, ale najpierw postanowiłam upolować bramkę, a deser potem. No i co, jeszcze się dobrze „nie rozeszłam”, kiedy rozległo się wycie i komunikat… I znowu najpierw szłam w tłumie, potem stałam w tłumie… Skończyło się ponownym zaproszeniem do rozejścia się, ale wtedy już nie w głowie mi były desery. Znaleźć bramkę i siedzieć jak najbliżej bramki, żadnego szwendania się po knajpach, bo jeszcze jeden alarm i potem mogę nie zdążyć. Na szczęście trzeciego alarmu już nie było.
 
Sympatyczny Air Lingus wystartował z drobnym opóźnieniem. Pan kapitan przepraszał gorąco, a na koniec dorzucił: w Dublinie fatalna pogoda, lądowanie może być z turbulencjami. Oczywiście natychmiast zaczęłam się bać i na próżno usiłowałam sobie wmawiać, że może się przesłyszałam, może nie zrozumiałam przez szkocki akcent. Turbulencje. Lądowanie z turbulencjami. Jak już przy starcie ostrzega, to wyobrażam sobie, co to się będzie działo.
Nic się nie działo. No może odrobinę zatelepało, ale naprawdę odrobinę. Gdyby nie komunikat, pewnie nawet nie zwróciłabym uwagi.
 
W każdym razie zrobiło się późno, a ja bardzo, ale to bardzo zmęczona. Jestem histeryczka, więc nerwy mnie zjadły. W dodatku lądowaliśmy na nieznanym mi terminalu 2 i bałam się dodatkowo, że nie znajdę autobusu do miasta. Oczywiście niepotrzebnie się bałam, bo okazało się to równie proste, co w terminalu 1. Znany mi zielony 474 już stał na przystanku, więc wsiadłam, choć akurat w tym wypadku wolałabym niebieski Air Coach, bo szybszy i jechałam nim poprzednio z lotniska, więc wiem, gdzie staje. No trudno, z 474 też jakoś wysiądę, on też staje gdzieś przy O’Connell Bridge, znajdę. Potem okazało się, że gdybym uważniej sprawdziła plan w domu, mogłabym wysiąść przystanek wcześniej, przy Cathal Brugha, skąd do hotelu miałabym 5 minut, albo i 3 minuty. Skoro nie sprawdziłam, miałam 15 (+ 10, bo na ostatnim odcinku paskudnie zabłądziłam).
Wysiadłam przy O’Connell Bridge, rozejrzałam się po otoczeniu, wytypowałam, że O’Connell Street to będzie w tę stronę, zrobiłam kilka kroków, po czym zapytałam przechodnia, czy aby na pewno. O jakże mądrze zrobiłam. Oczywiście było dokładnie w przeciwną stronę.
Dobrze, kierunek wyznaczony, dalej będzie prosto. Parnell Street East, do której zmierzam, stanowi przedłużenie O’Connell, więc tylko iść prosto. Poszłam. Jedna przecznica, druga, trzecia. Cholera, ta kolejna się nazywa Cathal Brugha, przecież ja tędy jechałam autobusem. No jasne, nawet poznaję przystanek. Gdybym tutaj wysiadłam już bym popijała herbatą polską bułkę. A może do herbaty byłoby też ciasteczko. W tamtym miłym hoteliku z poprzedniego razu dawali ciasteczka. Może w moim obecnym też będą dawali.
Zaraz, ale co to? O’Connell się skończyła, a ja wcale nie jestem na Parnell East, tylko na jakiejś Cavendish Row. Przecież miałam iść prosto i szłam prosto. Jak mogłam zabłądzić? Idiotka, pewnie w domu źle popatrzyłam, byle jaki plan miasta gdzieś na dnie plecaka. Godzina jedenasta wieczorem. Okolica ponura. Fajnie. Wciągnęłam wydruk z Booking com i zaczęłam podsuwać napotkanym tubylcom. Nikt nie wiem, gdzie taki hotel. A może trzeba było nie prosto, tylko skręcić? Skręciłam i już byłam na Parnell, tylko nie na East. Tak wiedziałam, że Parnell to skwer, czyli cztery ulice dookoła głównego placu, ale mój hotel miał być na tej, która stanowi przedłużenie O’Connell. Mam teraz oblatywać ten wielki skwer dookoła?
Wybawienie pojawiło się w postaci Anglika z Londynu. Nie był tubylcem, ale wiedział. Pokazał ręką kierunek. Idź tam, hotel zobaczysz za parę metrów po prawej. Nie bardzo mu wierzyłam, ale poszłam. Miał rację.
Potem przestudiowałam sobie wszystko na planie. Oczywiście w domu popatrzyłam niedokładnie. Niepotrzebnie panikowałam, niepotrzebnie skręcałam na główną Parnell. Tak jak miałam zakodowane, East stanowi przedłużenie O’Connell, tylko… Taki mały odcinek na zakończenie O’Connell się nazywa Cavendish i dopiero to przechodzi płynnie w Parnell East. Jakoś przeoczyłam ten fragment, oglądając plan w domu. Nie powiększyłam odpowiednio Google Map i mi umknęło.
Kiedyś się to moje oglądanie planów po łebkach naprawdę źle skończy.
Tym razem jednak skończyło się dobrze.
Miły recepcjonista w Charles Stewart Guesthouse ani nie żądał dokumentów, ani nie kazał od razu płacić. Po prostu wręczył klucz od pokoju (zwyczajny klucz, a nie żadne skomplikowane kody), wytłumaczył, że na pierwsze piętro i potem korytarzem w prawo, pokój też po prawej i uważaj na stopnie.
Trochę mnie zdziwiło to ostrzeżenie, schody zwyczajne, miękkim dywanem wyłożone, na co tu uważać. Czy ja wyglądam na kalekę?
Ano, miły pan ostrzegał przed tym jednym stopieńkiem już na korytarzu, zaraz za zakrętem. Oczywiście stopieńka nie zauważyłam. Niewiele brakowało, a leżałabym. Po cholerę im ten stopieniek, zaraz za zakrętem na poza tym gładkim korytarzu?
Znalazłam pokój, otworzyłam drzwi. W środku już nie było żadnych niespodzianek. Ciasteczek też nie.
 
 
A w Godzinkach księcia de Berry w Styczniu książę ucztuje w pierwszy dzień Nowego Roku.  Przy suto zastawionym stole siedzą goście,  z tyłu nadciągają następni, witani przez mistrza ceremonii wezwaniem „approche, approche”, na stole lśni złotem słynna Salière de Pavillon – solniczka w kształcie okrętu, ozdobiona emblematami Jeana de Berry: figurkami niedźwiedzia i łabędzia.
 
Jutro przewrócę stronę w kalendarzu i zacznę podziwiać luty.
Jutro (może) zacznę opisywać Dublin.
Lubił pisać listy, Zmieniały świat na lepsze, ponieważ mógł w nich pomijać złe kawałki.
 
O złych kawałkach pisać nie będziemy. Wystarczy, że są.
Zaparłam się i złożyłam sobie jednak tę wyprawę na Turnera.
Bo jak powiedział Francis Bacon: Nie ma większego piękna niż to, które niesie ze sobą odrobinę dziwactwa.
 
Ryanair zrobił mi brzydki dowcip ze skróceniem czasu, w którym można dokonać odprawy on-line. Cztery dni, wolne żarty. Oczywiście nie jest to żaden problem dla ludzi nowoczesnych i światłych, mających internet w takich małych urządzonkach, których nawet nazwy nie jestem pewna. Dla mnie problem jest. I albo sobie w końcu kupię takie urządzonko i nauczę się z nim współpracować, albo któregoś dnia przy próbie rezerwacji biletu, odezwie się głos z góry: „Nigdzie nie pojedziesz, internetowy mastodoncie”.
 
W moim obecnym planie podróży, nawet bym się z odprawą powrotną zmieściła dokładnie w dniu wyjazdu, gdyby nie jedno ale… Samolot o siódmej rano, na lotnisku trzeba być odpowiednio wcześniej, a moja drukarka lubi się zbiesić. Pół godziny się rozgrzewa, potem zacina się na pierwszych pięciu kartkach i dopiero od szóstej drukuje. To o której musiałabym wstać, żeby z tym wszystkim zdążyć? A gdyby tym razem zacięła się na amen. Tak, wiem, jak sobie nie kupię nowej drukarki, to któregoś dnia przy próbie wydrukowania karty pokładowej odezwie się głos z góry: „Nigdzie nie pojedziesz, dinozaurze”.
 
Po rozważeniu wyszło mi, że pozostaje mi tylko jedna opcja, mianowicie kupić bilet bezpośrednio w Ryanairze, z dopłatą za możliwość wcześniejszego dokonania odprawy. Do tej pory śmiertelnie się bałam kupować w Ryanairze, bo kiedyś się tak zawiesiłam na ich stronie, że przed dwa kolejne dni tkwiłam w niepewności, nie wiedząc, czy mam bilet, czy nie, a czas wyjazdu się zbliżał (nie miałam). Od tej pory zawsze kupowałam przez e-sky, bo tam co prawda jest opłata za usługę, ale usługa na wysokim poziomie, a w razie kłopotów i nieporozumień, łatwo się można skontaktować z czynnikiem ludzkim (wiem, bo dwa razy to przerabiałam).
 
Strasznie się nakombinowałam, „nabiłam” z myślami, naprzymierzałam wariantów, w końcu wyszło tak.
 
21 stycznia WRO 7:10 EDI  08:35
To kupiłam jeszcze przez e-sky, bo tu się spokojnie zdążę odprawić w domu. Pod warunkiem, że nie zapomnę, co się może zdarzyć. Przed chwilą odprawiłam się na powrót i przez moment miałam takie błogie przeświadczenie, że wszystkich formalności już dokonałam, teraz tylko zapakować te wydrukowane papiórki do teczuszki i lecimy.
 
21 stycznia EDI 19:40 DUB 20:55
Też przez e-sky, bo wybrałam Air Lingus, ze względu na nieco korzystniejsze godziny niż Ryan. Tu odprawy on line nie potrzebuję, bo to regularna linia (za to może się okazać, że na lotnisku szczerzą zęby automaty ).
 
24 stycznia DUB 19:10 WRO 22:45
To ten bilet kupowany bezpośrednio i przewoźnika i tu się już odprawiłam, wykupiwszy możliwość wcześniejszej odprawy. Przy tej okazji wylazła jedna z machinacji stosowanych przez Ryana. Na stronie głównej reklamują, że taka opcja jest taniutka, bodaj 2,5 euro, a za to wybierasz sobie miejsce i odprawiasz się do sześćdziesięciu dni przed wylotem. Za to, jak przychodzi konkretów, to okazuje się, że nie można wykupić samej tej opcji, tylko razem z bagażem rejestrowym i pierwszeństwem wejścia na pokład, więc na 2,5 euro się nie kończy.
 
W każdym razie jestem „zabiletowana”.
 
I tak nie wyszło jakoś straszliwie drogo, bo termin dobierałam pod ceny. A gdybym wszystko kupiła dzień wcześniej, wyszłoby jeszcze taniej. Za długo zwlekałam, licząc na to, że ceny już nie drgną. Drgnęły… w górę.
 
Potem Ryan przysłał mi maila, że na tę luksusową drogę powrotną z bagażem, możliwością wyboru miejsca i pierwszeństwem wejścia na pokład mogę się odprawiać już i nad tym mailem też dumałam przez tydzień, bojąc się zadziałać. Normalnie wariatka. Ten paniczny lęk, że się zatnie, że coś pokręcę, że mi się nie wydrukuje, że potem pojawię się na lotnisku bez karty, a tam mi powiedzą: „Przecież już się pani odprawiła, ponowna odprawa nie jest możliwa, przykro nam”. A głos z góry doda: „Nigdzie nie polecisz, Matuzalemie”. Dziś wreszcie zebrałam się na odwagę i w pięć minut dokonałam wielkiego dzieła. Ileż nerwów mogłam sobie oszczędzić.
 
Tak, to planowanie podróży i kupowanie biletów lotniczych przez internet to moja adrenalina.
 
I tylko nocleg mam jeszcze niezałatwiony. Że też mój Inn on the Liffey w styczniu nieczynny, nie mogę odżałować. Po długim grzebaniu w Bookingu na liście zostało mi sześć miejsc, ze szczególnym wskazaniem na dwa. I tu się jeszcze nie zdecydowałam. Niestety nabrałam zwyczaju czytania opinii o hotelach – zaczynając od negatywnych. Tak krytycznych jak dublińskie nie miały nawet najtańsze B&B w Neapolu. Niemal co drugi wpis brzmi: „Fatalnie, przespaliśmy tam jedną noc, a rano na tej samej (względnie na sąsiedniej) ulicy znaleźliśmy sobie coś lepszego i za niższą cenę”. Ludzie, nie mogliście napisać gdzie dokładnie. Od razu bym tam poszła.
 
No nic, zabawa z noclegami jeszcze trwa, ale doprawdy czas ją kończyć. Ileż można dłubać w Bookingu wybierając między dwoma hotelami, o których się tak naprawdę nic nie wie.
 
W każdym bądź razie pieniądze za tłumaczenie, z którym z przerwami męczyłam się prawie rok, częściowo zostały (bilety), a częściowo zostaną (nocleg) wydane na czterodniowy wyjazd. Mój prezent ode mnie dla mnie urodzinowo-świąteczno-noworoczny.
Paweł z wydawnictwa jest cudownym człowiekiem – daje mi kilka tytułów do wyboru, pozwala (niemal) dowolnie ustalać mi termon, płaci od razu, tylko że… no właśnie, płaci mniej więcej połowę tego, co inne wydawnictwa.
 
Dobra, jakoś to będzie. Zrobiłam szczegółowy rachunek sumienia i wyszło mi, że nie mam żadnych zmartwień.
 
Bo to przecież nie jest zmartwienie, że nie poszłam do lekarza. Zarejestrowałam się miesiąc temu, stosowny dzień obwiodłam w kalendarzu kółkiem, niemal codziennie gapiłam się w kalendarz i powtarzałam sobie: „pamiętaj, w czwartek, w czwartek, w czwartek musisz wyjść wcześniej z pracy (zgłosiłam odpowiednim czynnikom), bo idziesz do lekarza”. W środę wieczorem rzuciłam okiem na kalendarz, żeby się upewnić, że to jutro. I dopiero wtedy zauważyłam, że  stosowne kółko jest przy środzie. Tak wizyta była w środę o 14, a zorientowałam się koło 18, czyli stanowczo za późno. Zadzwoniłam do przychodni – najbliższy wolny termin 28 grudnia (w czwartek). A że akurat skończyły mi się leki, będziemy kombinować. To naprawdę nie jest zmartwienie. Lek nie z gatunku tych ratujących życie. Od nieleczonej niedoczynności tarczycy się jedynie kretynieje. Dla mnie to żadna nowość.
 
A w grudniu w Godzinkach księcia de Berry na pierwszym planie szara polana, prawie naga – tylko parę kamieni, parę wątłych krzaczków, jakieś dwa pniaki – zamknięta zwartą ścianą lasu w pobliżu zamku Vincennes, którego białe wieże wyłaniają się zza zrudziałych koron drzew.  Las Vincennes był ulubionym miejscem królewskich łowów, no i właśnie… na tej łysej polanie psy dopadły dzika i się znad nim znęcają. Nie lubię tej miniatury.  
 
-Pomyśl, ile masz lat.
- Nie muszę o tym myśleć. To mi przychodzi samo z siebie.
 
 
 Z kogo cytacik nie muszę dodawać.
Wszystkiego dobrego w dniu urodzin, kochana.
 
Oczywiście Babcia Weatherwax zawsze demonstrowała swoją niezależność i samodzielność. Kłopot jednak polegał na tym, że człowiek powinien mieć kogoś  obok siebie, żeby mu zademonstrować, jaki to jest niezależny i samodzielny. Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi.
 
Pratchett, któż by inny.
 Uszy do góry, moje dziecko – odezwała się niespodziewanie babka Morkie. – Najgorsze dopiero przed nami. 
 
Oczywiście Pratchett.
 
Lubię dobrze dobrane cytaciki.

  • RSS