maryjka blog

Twój nowy blog

Nie jest dobrze

Brak komentarzy

czyli jest niedobrze.

Impreza, którą mieliśmy uświetniać, odbywała się w czwartek późnym popołudniem. WizzAir lata do Lwowa we wtorki, czwartki i soboty. Przy locie czwartkowym wyszłoby, że prosto z lotniska na imprezę, z szansą, że się spóźnimy. Odpada. Czyli wyszło, że lecimy we wtorek, a wracamy w sobotę.
 
Z lotniska do miasta przedpotopowym autobusem. Przedpotopowym, a i tak nie potrafiłam obsłużyć kasownika z dziurkami. Najpierw wkładałam bilety nie tam, gdzie trzeba, potem nie potrafiłam zlokalizować odpowiedniej wajchy. Lokalni pomogli.
 
Dni przed imprezą upłynęły głównie na przygotowywaniu się do uświetniania, co polegało na siedzeniu w hotelu, zgrywaniu zdjęć do pokazu, sprawdzaniu tekstu.
 
Dzień po imprezie spędziliśmy głównie na oglądaniu wystawy, której otwieranie poprzedniego dnia uświetnialiśmy. Kolejny był już dniem powrotu.
A oprócz tego chodziliśmy jeść. I pić.
 
Z zabytków raz zajrzeliśmy do Jezuitów, i to było wszystko. Nie chciało się nam.
 
Knajpy mieliśmy opanowane z poprzednich pobytów i nie szukaliśmy nowości.  
Trzy stanowiły główną bazę.
Najpierw ta zaraz za rogiem, w której po zmianie właściciela już nie było tak dobrze, jak za pierwszym razem, ale nadal miała tę wielką zaletę bycia „zaraz za rogiem”, a nam się nie chciało chodzić.
Na drugim miejscu była knajpa po przeciwnej stornie ulicy, z zielonym parasolem, uparcie nazywana przez nas „pierogarnią”, choć była to regularna restauracja, z całą masą innych rzeczy poza pierogami. Ale skoro przy pierwszym pobycie jedliśmy tam pierogi, nazwa przylgnęła i została.
Na trzecim miejscu była „nasza” knajpa z „naszym stolikiem”. Też pamiętana z poprzednich pobytów, głownie ze względu na деруны, czyli po naszemu placki kartoflane.  Z przepysznym sosem grzybowym (różne inne wersję też były, ja opanowałam właśnie tę grzybową). Ze wszystkich pobytów ta najmilej zapisała się w naszej pamięci. Nawet nie była daleko – od hotelu jakieś dziesięć minut spacerkiem zaułkami. Poprzednio bywaliśmy w niej tak często, że nawet dorobiliśmy się własnego stolika w takiej śmiesznej maleńkiej wnęce. Kiedy któregoś dnia w porze obiadowej okazał się zajęty, usiedliśmy gdzie indziej i nie zdążyliśmy jeszcze dobrze zagłębić się w menu, kiedy przyszedł kelner: „Państwa stolik za chwilę będzie wolny”.
Z szaleństw kawowo-deserowych raz odwiedziliśmy wielką cukiernię przy Akademickiej, z konieczności, bo muzeum otwierano godzinę później, niż zakładaliśmy, i gdzieś tę godzinę trzeba było spędzić. Oczywiście cukiernia też była już nam zanana z poprzednich pobytów.
 
A w ogóle każda wyprawa do knajpy była połączona ze wspominaniem innych knajp, w których powtarzało się jak refren: „a pamiętasz, kiedyś jedliśmy tam za rogiem… a w bok od tej uliczki był taki barek, gdzie kiedyś pierogi… a tam od rynku, gdzie nas zaprowadziła Wika… a w takiej wymyślnej, gdzie się wchodziło po karkołomnych schodkach czekoladę…, pamiętasz? pamiętasz? pamiętasz?”.
 
I był jeszcze Ul (albo Pasieka) – całkiem nowa knajpa, w połowie drogi między „zaraz za rogiem” a „naszą”. Wypiliśmy tam po okropnie słodkim drinku. Ale kiedy spróbowaliśmy pójść tam na obiad, odprawiono nas od progu, że niby wszystko pozajmowane. Nie widziałam nadmiaru gości, podejrzewam, że może bali się naszego marudzenia przy alkoholach.
I była jeszcze winiarnia, do której poszliśmy z Igorem na grzańca. Śmierdziało w niej okropnie tanim winem, a po grzańcu paskudnie rozbolał mnie żołądek.
 
Błędów żywieniowych było jeszcze kilka.
W knajpie na rogu nie zamawia się pizzy z frutti di mare, bo te oczywiście są z mrożonki. Na szczęście ten błąd popełnił tylko L. Odcierpiał swoje.
Soljanka zjedzona późnym wieczorem i „poprawiona” szarlotką może zatruć człowiekowi całą noc. Mnie zatruła.
Grzańca w podłej winiarni nie pijemy wcale. Tam nic nie pijemy, chyba że chcemy mieć kolejną noc zatrutą. Miałam.
 
Raków nie zdążyliśmy zjeść. Zobaczyliśmy ich cały półmisek wjeżdżający na ladę w pierogarni z zielonym parasolem, kiedy kończyliśmy obfity obiad. Obiecaliśmy sobie, że jutro… I coś nam jutro wypadło, nie poszliśmy.
Nie poszliśmy też do nowo odkrytego koktajl-baru przy Starym Uniwersytecie. Też coś nam wypadło.
Pożegnanie z jedzeniem nastąpiło już na lotnisku. Lotnisko nieduże, ale dobrze rozplanowane, dobrze oznakowane, ciche, spokojne, prawie puste. I knajpa, gdzie L. obficie, ja skromny rosół – pyszny. Karta alkoholi ciągnąca się przez wiele stron. Padło na aperol.
 
Po tych wszystkich gastronomicznych przygodach moja miłość do soljanki lekko przygasła.
Miłość do barszczu ukraińskiego (on we Lwowie naprawdę się nazywa ukraiński) trwa.
 
Gdybym jeszcze kiedyś miała się znaleźć w tym mieście…
 
Hotel na ulicy Stećki (dawna Senatorska) nazywa się Гуртожиток i stanowi stały punkt każdego naszego pobytu.  Pierwszy raz – ponad dziesięć lat temu. Najpierw koszmarna noc w brudnej, dusznej, przegrzanej kuszetce, potem żmudne wydostawanie się z molocha, zwanego вокзалем, monumentalnego labiryntu, gdzie marmury, brązy, złocenia pokryła patyna brudu, i każdy kąt objął wszechobecny smród, potem marznięcie na parkingu i wreszcie jazda rozklekotanym samochodem po wybojach (i tak mieliśmy szczęście, bo przygodni towarzysze podróży dysponowali wehikułem i oferowali się z pomocą, tak że nie byliśmy skazani na szukanie taksówki). A wszystko to o upiorne wczesnej godzinie  – piątej? szóstej? rano. I strach, że doba hotelowa pewnie od południa, więc co teraz. Tymczasem okazało się, że do pokoju można od zaraz, i w tym momencie hotel Гуртожиток jawił mi się rajem.
 
Pamiętam dokładnie każdy szczegół, jakby to było wczoraj. Klucz – staroświecki, przyczepiony do pękatej „gruszki”, windą na czwarte piętro, właściwy numer zaraz na początku długiego korytarza, otworzyć drzwi. Przestronny pokój,  umeblowany bardzo prosto, skromnie,  ale jest łazienka, jest łóżko. Szybki prysznic , żeby zmyć z siebie koszmar podróży i nurkuję pod kołdrę (a łóżko zadziwiająco wygodne) i niemal natychmiast zapadam w sen. Po kilku godzinach budzi mnie jasność dnia, wlewająca się przez pojedyncze okno, przysłonięte białą firanką.
 
Przed wyjazdem okaże się jeszcze, że w hotelu można wynająć pokój na pół doby, co w sytuacji, kiedy pociąg o jedenastej wieczorem, okaże się znakomitym rozwiązaniem.
 
Z wad – nie dają śniadań. W pokoju jest lodówka, czajnik „pobiera się” w recepcji za kaucją, więc trochę ratowaliśmy się kanapkami, dopóki nie odkryliśmy knajpy tuż za rogiem. Czynna od ósmej rano, dodatków do owsianki chyba z pięć, tak że każdego dnia miałam inną kombinację, a oprócz tego znakomite naleśniki (ja na słodko, L. najczęściej z kawiorem – mnie te akurat nie zasmakowały). Chodziliśmy tam codzienne, a czasami nawet dwa razy dziennie – na śniadania i na kolacje).
 
Po tym pierwszym wyjeździe przyszły następne – w sumie pięć albo sześć. Pewne rzeczy się zmieniły, inne trwają. Hotel przetrwał bez zmian (a, prawda, kaucję za czajnik zlikwidowano, teraz dają całkiem za darmo), niestety knajpa za rogiem już od naszego drugiego pobytu zmieniła właściciela i to już nie jest to. Z menu śniadaniowego zniknęła owsianka, a L. twierdzi, że naleśniki z kawiorem, pogorszyły się, i to bardzo. Ale i tak tam chodziliśmy za drugim, trzecim, czwartym razem, bo wygodnie. I teraz też.
 
Tym razem najbardziej zmieniła się sama podróż. Już nie kuszetka i noc w pociągu. Teraz był samolot.
03.10 WRO 12:00 LWO 14:15
Z powrotem
07.10 LWO 14:15 WRO 15:00
Godzina i kwadrans lotu i człowiek wylądował na Kresach (przestawić zegarek).
 

to jak będzie?

Brak komentarzy
Przy ponownej lekturze Zaginiony obraz Harra wydał mi się lepszy. Szkoda, że ten dubliński Caravaggio został akurat wypożyczony do Edynburga. Obejrzałabym w oryginale, może nawet dzierżąc egzemplarz Harra w dłoni, żeby posprawdzać te wszystkie błyski, rozjaśnienia, ślady żłobienia końcem pędzla, te wszystkie niedociągnięcia, niedomalowania, zbyt długie ramię żołnierza, etc. Na reprodukcji obraz – powiem szczerze – wrażenia na robi.
A może by tak…
No właśnie. W styczniu galeria wystawia akwarele Turnera ze swoich zbiorów. A mają tych akwarel  ponad trzydzieści. Właśnie doczytałam, że co roku w styczniu (najsłabsze światło), wystawiają je na miesiąc, a potem znowu upychają do skrzyni, żeby biedactwa zbytnio nie wyblakły.
To co…?
Pojechałoby się.
Obeszłabym sobie galerię spokojniutko, przy ciekawszych obrazach przysiadła na tym składanym krzesełku (przecież już wiem, skąd się je bierze), pogapiłabym się na Turnery, które zwykle siedzą w skarbcu, Caravaggio (sprawdziłam) już by wrócił z Edynburga…
To jak…?
Miałabym czas na Trinity College i Book of Kells.
I na wnętrza zamku też, choć on jakiś super ciekawy to jednak nie jest.
To co…?
Właśnie doczytałam w Internecie, że są tacy, co na Turnera co roku jeżdżą, bo to niebywała gratka.
Nie skorzystać?
Ale w styczniu? W Dublinie? Będzie zimno jak cholera. Będzie lało.
No to co z tego? A ty będziesz siedzieć sobie pod dachem. Galerii. Biblioteki. Zamku.
Hotelik fundniesz sobie ten sam co poprzednio. Możesz nawet poprosić o ten sam zabawny pokoik na poddaszu.
Gruba kołdra. Pościel w kwiatki. Widok z okna. Hasło kodujące przecież pamiętasz. C3589Y. Po zwiedzaniu rozkodujesz, wejdziesz, herbaty sobie zrobisz…
Więc jak…? Jedziemy? Nie jedziemy?
Nie jedziemy. To głupi pomysł.
A może jednak…?
 

shrimps

Brak komentarzy
W „Wyborczej” reklama nowej knajpy, gdzie dają krewetki. Same pochwały.
W Tripadvisorze jedna opinia. Fatalna.
I tą opinią się kierujmy. Zostało przecież dowiedzione żołądkowo, że mnie krewetki szkodzą 
13.09 – środa.
Poranek przywitał pięknym słońcem.
Co prawda zanim zjadłam śniadanie – tym razem powoli, z namaszczeniem, delektując się każdym kęsem – zdążyło się lekko zachmurzyć, ale potem znowu pokazało się słońce.
Plan był taki nie do końca sprecyzowany, a wszystko rozbijało się o nabyte poprzedniego dnia katalogi. Brać ze sobą i przez cały dzień włóczyć się z ciężarem, czy zostawić w hotelu i wrócić? A w ogóle to czy te księgi zmieszczą mi się do plecaka, który w drodze tam był pełny i ubyły z niego jedynie stłamszone bułki? Zaczęłam pakować na próbę. Zrezygnowałam ze składania w kostkę i pakowania w worki, wszystkie ciuchy (jakie ciuchy, raptem koszula nocna, dwie pary majtek, dwie pary skarpetek, dodatkowy sweter i nieprzemakalne spodnie na wszelki wypadek – przydały się) zrolowałam ciasno, jak nakazywał internet i upchałam luzem.  I kosmetyki w przezroczystej samolotowej torebce zamiast kosmetyczki (jakie tam kosmetyki, raptem pasta do zębów, szczoteczka, krem, krople do oczu i dezodorant). I domowe kapcie, bo nie lubię boso. I co? I wszystko wlazło śpiewająco. I jeszcze zostało u góry miejsce na kurtkę przeciwdeszczową, gdybym chciała ją upchać. Czyli pakowanie w rulonikach naprawdę jest efektywne. Polecam.
A skoro plecak miałam tak pięknie spakowany, postanowiłam go jednak nie zostawiać. Szkoda czasu na powrót do hotelu.
Najpierw do Katedry Kościoła Chrystusowego (Christ Church Cathedral).  Wielka, godna, średniowieczna (choć ta szarość kamienia  z zewnątrz mocno pachnie dziewiętnastym wiekiem).
Wnętrze – cudo. Obchodzę powoli te nawy, prezbiteria i transepty. Najdłużej zatrzymuję się przed jednym takim pomnikiem. Niby nic pięknego. Przyścienny, z białego kamienia. Wyobrażona na nim biała góra na jej tle  dwa statki. I napis poniżej: „In memory of Henry Mathias, assist: surgeon of HMS Enterprise who departed this life June 15th 1849 in this 28th year at Port Leopold lat. 74oN. Erected by the officers of the Arctic Expedition  composed of H.M. Ships “Enterprise” and “Investigator” as a just tribute to his varied talents and great moral worth. “I am the resurrection and tle life, saith the Lord”.
Jaki młody. Kim był ów Henry Mathias? Musiał być niezwykły, skoro go tak pięknie upamiętniono.  Usiłuję to sobie wyobrazić, daremnie.
Na deser krypta. Ciągnie się niemal pod całym kościołem, istny labirynt filarów i zakamarków i tu już nic się nie kojarzy z dziewiętnastym wiekiem. Wystawa starych naczyń liturgicznych i całkiem nowych kostiumów filmowych, które „grały” w serialu o Tudorach (częściowo w krypcie właśnie kręconych.  Tu znowu dyby (jakie to małe, jak im się tam mieściły te szyje?), a tu zmumifikowany kot i szczur.  W 1850 gonił kot szczura i obaj utknęli w piszczałce organów i tak tkwili, aż odkryto truchełka. A Joyce potem umieścił w Przebudzeniu Finnegana: „as stuck as that cat to that mouse in that tube of the Christ Church organ”.
Bardzo pilnie obejrzałam też film pouczający film o katedrze, a potem już tylko buszowałam w sklepiku (też w krypcie). Ładny ilustrowany przewodnik po katedrze z jedyne 1 euro.
I jeszcze WC (też w krypcie). Świetne te zachodnie kościoły, bo zawsze mają ów „przybytek”, zgodnie z zasadą starożytnych „naturalia non sunt turpia”.  
U Świętego Patryka przewodnik ilustrowany już kosztował  7.50. Trochę większy – kupiłam, a co.
Sam kościół też większy – porządny gotyk, sklepienia, triforia, empory – cały program. Witraże, stalle, lektorium – wszystko, co trzeba. Znowu się zadumałam nad jednym pomnikiem, zaraz przy wejściu. Potężny facet, z liną okrętową zakończoną bloczkiem w jednej ręce, drugą wyciąga przed siebie, jakby nakazywał uciszyć się wzburzonym odmętom.  I napis: “To the memory of John McNeill Boyd captain of HMS Ajax. Born Londonderry 1812. Lost of the rocks at Kingstown Feb. 9th 1861 on attempting to save the crew of the brig Neptune”. Pochowali go na cmentarzu przy katedrze. A pies wył  jego grobie (ponoć w kościele przy pomniku również, ale to chyba już tylko legenda), i wreszcie na tym grobie zdechł.
Poza tym mnóstwo innych pomników, poległych w tej wojnie, w tamtej wojnie, jeszcze w innej wojnie…
Katedra otoczona pięknym parkiem – słońce świeciło, posiedziałam chwilę na ławce…
 
Wolnym krokiem, z ciężarem na plecach… przez Dublin.
Jeszcze zajrzeć na zamek – nie, wnętrz już nie zdążę obejrzeć, tylko przespacerować się po dziedzińcu.
Jeszcze zajrzeć do ratusza  - tam się ogląda tylko hol na parterze – kolumny, marmury, mozaiki.
Jeszcze do Trinity College ze wspaniałą biblioteką…
Nie kłam, nie byłaś w Trinity College, nie zwiedzałaś biblioteki, w której mają Book of Kells. Nie zarezerwowałaś wcześniej biletów, bo zwyczajnie zapomniałaś, że takie coś istnieje, że można zwiedzić. Tak się nastawiłaś na tego Vermeera, że cała reszta wypadła ci z głowy…
Czy żałuję, że nie widziałam? Jasne, że żałuję. Choć z drugiej strony pewnie nie starczyłoby mi czasu, tam jest tyle do oglądania. Musiałabym zrezygnować z kościołów. Coś za coś. Albo zostać jeszcze jeden dzień, a wtedy impreza by podrożała niesamowicie. Tanie bilety lotnicze mają to do siebie, że się wybiera dni, kiedy są tanie, a nie, kiedy by się chciało.
Nie można mieć wszystkiego – tego się trzymajmy.
 
Na lotnisko jechałam zielonym piętrowym  Airlinkiem 747, którego przystanek miałam z dawna upatrzony. Na przystanku była porządna informacja, że tu się wsiada jadąc na lotnisko, w samym autobusie bardzo porządna informacja, jakie linie latają z jakiego terminalu. Dzięki temu wsiadłam dobrze i wysiadłam też dobrze.
A potem, po pokonaniu całych kilometrów korytarzy, usiadłam pod właściwą bramką i długie oczekiwanie skracałam sobie studiowaniem mojego mądrego katalogu wystawy Vermeera. Strasznie ciekawy, ale też strasznie ciężki i dość niewygodny w obsłudze. I autorzy co chwila każą człowiekowi porównywać ten obraz z tamtym, nie podając przy tym numerów stron, tylko numery skomplikowanego w układzie katalogu – zanim człowiek znajdzie, musi się sporo „nakartkować”.
DUB 17:50  WRO 21.25
Dom.
I czego ja się tak bałam przed wyjazdem? Przecież to wszystko było takie proste.

Dublina c.d.

Brak komentarzy
12.09 – wtorek
 
Och, jak się dobrze spało na ostatnim piętrze dublińskiego B&B pod kołdrą w kwiaty. I jak się nie chciało wstawać.
 
Ze śniadaniem wyszło dokładnie tak, jak się spodziewałam. Było zbyt późno. W dodatku było podawane. To znaczy był tam bufet, ale w bufecie prawie nic – główną część śniadania należało zamówić u kelnerek i potem czekać. Długo czekać. W pośpiechu pochłaniałam moje scrambled eggs, dławiłam się grzanką, parzyłam herbatą. W końcu nawet jej nie dopiłam, tylko pobiegłam.
 
Z nosem w mapie wytyczoną poprzedniego dnia trasą. Właściwie było prosto, tylko pod koniec nieco się zagubiłam. Miasto w naturze okazało się nieco inne niż na mapie. Bo na mapie miałam wielki zielony placek, czyli park. W naturze miałam szczelne ogrodzenie, spoza którego nic nie przezierało, więc wcale nie byłam pewna, czy za szarym ogrodzeniem jest jakaś zieloność. Ale potem zamajaczyła mi budowla z bannerami, a przed budowlą kolejka i to było to. National Gallery. Do wejścia dotarłam dokładnie o 9.15 i kolejka właśnie ruszyła do środka, bo to była godzina otwarcia podwoi.
W środku od razu rzucił mi się w oczy napis, że wszystkie bilety na Vermeera wyprzedane, żadnych zwrotów nie ma. A przy stanowisku informacyjnym, gdzie „pobierałam” plan galerii, jakiś pan prosił, błagał, że on specjalnie, że on z daleka. Pani była nieubłagalna. Na Vermeera nie da się, ale przecież galeria ma jeszcze tyle innych arcydzieł do zaoferowania. Pan tylko machnął ręką…
Zameldowałam się przy wejściu na wystawy czasowe, pokazałam mój wydruk i od razu mogłam wchodzić. Pół godziny przed „moim” czasem, ale nie byli zbyt skrupulatni. No i dobrze.
Wystawa pięknie zaaranżowana, sale niezbyt duże, ale tłumów nie było. Nie wiem, ile biletów sprzedano, ale tyle, że dało się oglądać w spokoju. Nawet przed Vermeerami można było upolować chwilę tylko dla siebie, obejrzeć w spokoju, bez niecierpliwiących się innych zwiedzaczy.
 
Od razu powiem, że wystawa, choć z Vermeerem w tytule, nie składała się z samych Vermeerów. Pełny tytuł brzmiał: „Vermeer and the Masters of the Genre Paintings. Inspirations and Rivalry”.  Na 63 obrazy (dobra liczba, nie za dużo, można je wszystkie ogarnąć), Vermeerów było równo 10. Zważywszy, że przypisuje mu się zaledwie 36 dzieł (takich „pewniaków”), całkiem imponująca liczba.
 
Pogrupowane to wszystko było motywami: korespondencja miłosna, piszący list, muzyczne duety, prywatna próżność (damy czyniące toaletę, przeglądające się w lustrze), męskie odwiedziny, pokarm miłości, czyli jedząc ostrygi i popijając wino, miłosna choroba (czyli sceny z lekarzem), ważenie (od wagi, tu była vermeerowska kobieta ważąca perłę, absolutny hit i arcydzieło),  kobiety z ptakami (papugi), tyłem do widza (postacie odwrócone tyłem), służące, przez otwarte drzwi (widoki wnętrz widziane w perspektywie. Słowem pogrupowane te same motywy, bardzo podobne kompozycje, a cała zabawa polega na tym, żeby odgadnąć, kto od kogo zrzynał (przepraszam, naśladował). Z artystów poza tytułowym Vermeerem Gerrit Dou, Caspar Netscher, Frans van Mieris, Gerard ter Borch, Jan Steen, Gabriel Metsu, Pieter de Hooch, Samuel van Hoogstraten i kilku pomniejszych. Katalogu na razie nie miałam, bo pani w recepcji poradziła mi życzliwie,  żebym na razie nie brała tej cegły (przedpłaconej), bo się przedźwigam, słuchawek nie chciałam, bo nie lubię. Ale dostałam małą broszurkę, w której każdy obraz był bardzo porządnie opisany, łącznie z tym,  kto pierwszy wymyślił dany motyw, dane ujęcie i potem kto to skopiował, jak przerobił i tak dalej. No i co? Okazało się, że prawie te wszystkie sceny, owe kobiety przy wirginałach, panie ze służącymi pomagającymi im przy toalecie, damy piszące list, damy odwrócone tyłem do widza i przeglądające się w lustrze, damy w przepysznych satynowych spódnicach i bramowanych gronostajem kaftanach wymyślił stary ter Borch, o którym się tak niewiele mówi. W dodatku mieszkający wcale nie w jednym z większych ośrodków typu Amsterdam, Rotterdam, Haga, Lejda czy Delfty, tylko skromnie, na uboczu w Deventer, o której to miejscowości człowiek (ja) nawet nie słyszał. O samym malarzu słyszałam, i owszem, ale miałam go daleko za de Hoochem, Dou czy Steenem. Tymczasem na tej wystawie wyrósł mi na gwiazdę pierwszej wielkości (jego Kobieta ważąca monety w takich niesamowitych ochrach i czerwieniach jest znakomita, inne obrazy też). Ciekawe, jak by wyglądało to siedemnastowieczne holenderskie malarstwo rodzajowe, gdyby stary ter Borch nie powymyślał takich wdzięcznych tematów, nie rozwiązał tak zgrabnie tylu problemów kompozycyjnych.
 
Obeszłam sobie całą wystawę powolutku, nie spiesząc się, najpierw raz, a potem drugi – bo można było. Za drugim razem przy Kobiecie pijącej w towarzystwie dwóch kawalerów, zobaczyłam, jak pani zwiedzająca zwraca uwagę towarzyszowi na pewien szczegół (kafelki podłogi przeświecające przez suknię namalowanej damy), na który sama nie zwróciłam uwagi. Potem trochę kręciłam się za tą parą zwiedzających i bezwstydnie podsłuchiwałam ich rozmowy, bo były bardzo ciekawe i pouczające. Rozbierali dokładnie każdy obraz na czynniki pierwsze, analizowali każdy najdrobniejszy szczegół, a potem składali to wszystko do kupy w nową całość. Pouczająco i zabawnie.
 
Wreszcie po dobrych czterech godzinach zostawiłam Vermeery i poszłam zwiedzać resztę. Trzy skrzydła, trzy piętra, trudne do ogarnięcia. Choć miałam plan i przyzwyczajona jestem do muzeów, i tak gubiłam się co chwila.  Główna kolekcja malarstwa europejskiego jest na trzecim piętrze i od niego zaczęłam. Nie bardzo rozumiałam układ, co chwila szłam chronologiczne „do tyłu”, co mnie dość wnerwiało. W salach pustki, usiąść nie było gdzie, bo galeria w ławki uboga, nogi bolały. Na „Vermeerze” widziałam, że wiele osób ma składane krzesełka. Bardzo dobry pomysł, niestety dopiero wychodząc z galerii odkryłam, gdzie się takowe pobiera.  Bardzo dobrych obrazów było zaledwie kilka. Ale w miarę chodzenia coraz bardziej się z galerią oswajałam, a potem zaczęło mi się nawet dość podobać. Na drugim piętrze była narodowa galeria portretów, którą zlekceważyłam niemal całkowicie, a na pierwszym sztuka irlandzka, ale tu przez sale przemknęłam trochę jak meteor, choć to może był błąd. Może skoro byłam w Dublinie należało skupić się na Irlandczykach właśnie, a resztę olać. Ale czy to moja wina, że w większości były to straszydła? Dopiero przy Yeatesie się zatrzymała. Yack B. Yeats, syn portrecisty (nie słyszałam), brat poety (słyszałam). Trochę nasz Wojtkiewicz, trochę może Chagall, a najbardziej Soutine. Świetny. Najbardziej podobał mi się obraz zatytułowany For the Road (łatwo można znaleźć w internecie, i bardzo dobrze, bo w przewodniku po galerii, który sobie kupiłam na zakończenie, akurat tego nie reprodukują). Taki szalony koń wbiegający w aleję. Na pierwszym był też zwiedzony wcześniej Veermer i wreszcie pięć sal z malarstwem europejskim 1850-1950. Na tych salach dość mi zależało, a za  cholerę nie mogłam ich znaleźć. Po trzykrotnym okrążeniu wszystkiego (tu już byłam, tu już byłam, ile razy mam przechodzić przez tę salkę z witrażami), już miałam pytać, kiedy wreszcie zauważyłam jeszcze jedne drzwi. Nareszcie. Co prawda zachwalany Monet rozczarował, ale za to jeden świetny Van Gogh (Dachy Paryża – już nie realistyczni Jedzący kartofle, a jeszcze nie rozedrgane Słoneczniki; taki cezanne’owski, cały w szarościach uroczy – coś jak widok z mojego okna w B&B). I śliczne Kwiaty Vlamincka. Warto było szukać tych pięciu sal.
 
Przed samym wyjściem przypomniałam sobie jeszcze – zaraz, przecież gdzieś tu jeszcze powinien wisieć Caravaggio, odkryty całkiem niedawno, czyli jakieś czterdzieści  lat temu. Przecież czytałam całą książkę na ten temat (niezbyt dobrze napisana, zdaje się, że się jej pozbyłam). Przegapiłam? Trzeba się będzie wracać? Nie bardzo mi się chce, ale z drugiej strony wypadałby. Na szczęście pani w punkcie informacyjnym uwolniła mnie od konieczności powrotu. Caravaggio wypożyczony do Edynburga na wystawę. Czyli nie przegapiłam. Po prostu nie zobaczę.
Wreszcie po szesnastej wylazłam z galerii, odebrawszy wcześniej mój katalog i dokupiwszy do tego jeszcze przewodnik po całości. Wszystko to ciążyło mi na plecach, więc postanowiłam wrócić do hotelu, złożyć brzemię  i dopiero potem wyruszyć na miasto, włóczyć się po uliczkach Temple, zaglądać do pubów i w ogóle napawać malowniczością. Zanim dotarłam zaczęło podać. Lekko. Zanim napiłam się herbaty, już lało, więc wlazłam pod kołdrę i obłożyłam nabytymi książkami. Katalog wystawy vermeerowskiej strasznie ciężki i nieporęczny, acz bez wątpienia rzetelny i ciekawy. Co z tego, skoro co chwila wypadał z ręki.
 
Kiedy się obudziłam, była dziewiętnasta. Sama już nie wiedziałam, czy chcę, żeby dalej padało (świetna wymówka, żeby nie wychodzić, tylko spać dalej), czy też żeby jednak nie padało (wypada zobaczyć trochę tego Dublina by night). Wyjrzałam przez okno. Nie padało. No trudno, czy też no to świetnie. Przyodziałam się i wyszłam.
 
I miałam ten swój Dublin by night, choć może bardziej by wieczór. Malownicze uliczki Temple, puby, z których dochodził gwar i irlandzka muzyka na żywo. Nie, nie weszłam do żadnego. Stchórzyłam? Nie byłam przygotowana, nie wiedziałabym, do którego wejść, jak się zachować, co zamówić (bez przesady, irlandzką whiskey możesz wypić i w Polsce, szkoda pieniędzy, sama w knajpie będziesz siedzieć i patrzeć, jak się inni bawią? forsy szkoda – tak sobie gwarzyłam sama ze sobą i było mi smutno; żeby tak choć raz wybrać się gdzieś z kimś, kto zna lokalne knajpy, kto zaprowadzi, doradzi i potowarzyszy w piciu. No trudno, nie można mieć wszystkiego. I tak jest fajnie, kiedy tak sobie chodzę po tych uroczych uliczkach, słucham muzyki z knajp, zaglądam przez okna.
Chodziłam sobie bez planu, zresztą co tu mówić o planie, skoro Ulissesa nie czytałam, więc nie miałam czyimi śladami podążać. Przebudzenia Finnegana (ach tak, po polsku to się nazywa Finneganów tren, a przełożył to facet mieszkający w Mysłowicach, więc poniekąd sąsiad i krajan) także nie, a w ogóle to większość wiedzy o Joysie czerpię z wdzięcznego kryminału Quentina Mój syn mordercą.
 
Wreszcie koło dziesiątej zawróciłam w stronę hotelu. Mogłabym jeszcze krążyć, ale znowu się rozpadało. A kiedy znalazłam się pod dachem, to się nawet rozszalało. Wiatr świstał przenikliwie, woda waliła z nieba, właziłam pod kołdrę ze strachem myśląc, czy mój jutrzejszy samolot odleci, i jednocześnie układając plany zwiedzania na jutro.
 
Okazuje się, że nie ja jedna wstałam w poniedziałek o piątej rano, podziwiać gwiazdy. Na Węgrzech wstał jeden pan fotograf i jego ujęcie znalazło się dzisiaj w APOD jako astronomiczne zdjęcie dnia.
 
Voila: 

http://apod.pl/apod/ap170921.html
 
Po najechaniu kursorem, na zdjęciu pokazują się objaśnienia, co jest czym.
 
Wczoraj i dzisiaj pobudka o piątej, żeby o 5:20 z lornetką tkwić pod domem i gapić się w niebo.
Wczoraj koniunkcja Wenus i Regulusa przy świetlistym cieniutkim sierpie Księżyca, dopełnionym światłem popielatym do kształtu bani, a do tego nieco niżej i w bok Merkury i Mars. Po raz pierwszy w życiu widziałam Merkurego. Jak wygląda? Ano, taki blado świecący punkcik punkcik na niebie. Mały (Mars, jeszcze mniejszy i bledszy, ledwo widoczny, ale tego zdarzało mi się widywać bardziej „z bliska”, i wtedy był większy, czerwonawy i groźny).
Wyglądało to tak pięknie, że dziś poszłam bisować widok. Znowu były – Wenus (ogromna) , Regulus, Markury i Mars. Tylko Księżyc, jeszcze wczoraj piękny i wyraźny) zniknął całkowicie, bo nów.
Niewykluczone, że jutro o 5 rano znowu stanę na posterunku, bo jutro Wenus jeszcze bardziej zbliży się do Regulusa, już tak niemal „na styk”.
Ze wszystkich obiektów na niebie, ta Wenus faktycznie jest najpiękniejsza.
 
PS. Jutro odwołane – prognoza pogody dla astronomów fatalna.

C3589Y

Brak komentarzy
Dopiero co było: „Jutro lecę do Dublina, a jeszcze nie jestem spakowana”, a już mamy: „rozpakuj ten plecak, bo już trzeci dzień się o niego potykasz”. Kiedy to się zrobiło? Ano, jakoś tak się zrobiło.
Byłam w Dublinie. Wróciłam z Dublina. Obejrzałam wystawę. I jeszcze dwa kościoły. I malownicze uliczki. A teraz jeśli chcę mieć jeszcze jakąś pamiątkę – poza dwiema wielkimi książkami, dwiema broszurami i garścią ulotek, bo tyle przywiozłam – chcę mieć jeszcze jakąś pamiątkę, muszę to wszystko opisać. Dokładnie, może z pominięciem cen za parkingi, bo nie parkowałam.
Nie chce mi się nie chce mi się, o, jak mi się nie chce.
Ale nie opisać? No jakże tak.  Przecież zapomnę, jak było, gdzie spałam, co robiłam, co jadłam, czego się bałam, ile głupstw zrobiłam.
Więc piszmy.
 
11.09 – poniedziałek
WRO 13:45 DUB 15:25
 
Tyle w teorii. W praktyce WRO 13:45 wystartował z ponad półgodzinnym opóźnieniem więc odsiedziałam swoje na lotnisku, bo tradycyjnie przyjechałam z dużym zapasem czasu.
 
Moja ściąga, jak z lotniska dostać się do miasta, miała kilka stron. W dodatku w samolocie uświadomiłam sobie, że jest ona tylko „w jedną stronę”, co mnie nie nastroiło optymistycznie. No nic, dopytam. I ostatecznie są taksówki. Na razie trzeba się dostać do miasta.
Jakież to było proste. Błękitny Aircoach stał niemal w drzwiach terminalu, do ściany terminalu tulił się kiosk z napisem „bilety”, z ludzką obsługą, a miły pan dodatkowo pokazywał właściwy autobus palcem. Cały ten luksus za 7 euro. Ze ściągi wiedziałam, że są jeszcze autobusy miejskie, o połowę tańsze, ale płacić można wyłącznie monetami, a tych nie posiadałam. Po drugie te miejskie trzeba było dopiero znaleźć, gdzieś za parkingiem, a ten AirCoach stał i zapraszająco machał drzwiami. Kupiłam bilet, zapłaciłam wsiadłam. Ruszyliśmy.
 
Podczas jazdy powtarzałam sobie pilnie: „Na mapę patrzymy od południa, od dołu niejako. Na mapie autobus jedzie O’Connel Street z północy na południe, dojeżdża do rzeki, przejeżdża przez rzekę i jedzie gdzieś dalej. Ty wysiadasz przy moście, jeszcze zanim autobus przejedzie przez rzekę, hotel masz po „tej” stronie, tuż przy nabrzeżu. Na oglądanej „od dołu” mapie, przed mostem skręciłabyś w lewo. Ale skoro jedziesz „od góry”, w rzeczywistości skręcasz w prawo idziesz sobie nabrzeżem, mijasz trzy kolejne mosty i za trzecim zaczynasz się pilnie rozglądać, bo hotel gdzieś tu. W prawo skręcasz, pamiętaj.” Nawet to sobie pospiesznie naszkicowałam na kartce, tę wyimaginowaną mapę, żeby przypadkiem się nie pomylić.
 
Wysiadłam na O’Connel Bridge – zabawne, przystanek autobusowy na samym moście, cofnęłam się nieco, bo z autobusu wypatrzyłam informację turystyczną, weszłam tam, zaopatrzyłam się w darmowy plan miasta, wróciłam do mostu i na nabrzeżu skręciłam. W którą stronę? W lewo, oczywiście, kretynka jedna. A potem szłam sobie beztrosko nabrzeżem, nie zważając na nazwy przecznic, tylko licząc mijane mosty, bo przecież dopiero za trzecim miałam się rozglądać. Nabrzeże robiło się coraz mniej ładne, coraz bardziej przemysłowe, a ja szłam. Szłam, szłam, szłam. Za trzecim mostem pilnie obwąchiwałam każdy budynek, ale żaden z nich nie był moim hotelem. A może źle popatrzyłam, że on na samym nabrzeżu? Może czai się gdzieś w podwórku? Pozachodziłam parę budynków od tyłu, ale to też nic nie dało. Na szczęście w tej dość niemiłej okolicy objawił się hotel wielki i dostojny i tam weszłam zasięgnąć języka. Bardzo miła pani recepcjonistka o imieniu Jagoda poklikała w klawiaturę i wydrukowała mi mapkę Google. „Jest pani na właściwym nabrzeżu, tylko od mostu O’Connell trzeba w drugą stronę. 1,8 kilometra, 23 minuty [powiada Google]. Może chce pani taksówkę?” Pani nie chciała. Pani popatrzyła na mapkę Google i przypomniała sobie swoje autobusowe ćwiczenia geograficzne. „Jak na mapie się skręca w lewo, to w rzeczywistości w prawo, w prawo, w prawo”. Gdzie miałaś prawą rączkę, no gdzie idiotko? Zawróciłam grzecznie. Trzy mosty, potem most O’ Connel, ten główny, od którego startowałam, i znowu odliczamy trzy mosty. Tym razem oprócz liczenia mostów jeszcze odczytywałam nazwy mijanych przecznic i sprawdzałam każdą na mapie. Tym razem się zgadzało. Minęłam trzeci most i po kilku krokach prawie władowałam się na mój B&B „Inn on the Liffey Gueat House”. To Liffey w nazwie to rzeka, której nabrzeżem szłam prawie trzy kilometry.
 
W recepcji bardzo miły pan zaczął mnie wtajemniczać w funkcjonowanie hotelu. „Masz pokój na trzecim piętrze, schodami, windy niestety nie ma (wiedziałam, booking uprzedzał, żaden problem, bagaż miałam tylko podręczny). Drzwi otwiera się kodem, tu masz kartkę z cyferkami, wklepujesz je, a potem przekręcasz gałkę w lewo. Wychodząc zatrzaskujesz drzwi i wklepujesz cokolwiek, jedna cyfra wystarczy. Śniadanie od 8 do 10 na drugim piętrze. Hasło do wi-fi… (tu przestałam słuchać, bo nadal jestem internetowo niemobilna).
 
Wdrapałam się na trzecie piętro, stanęłam pod drzwiami i popatrzyłam na klawiaturę. Solidna, metalowa, z masywnymi guzikami do wciskania. Nigdy przedtem nie widziałam niczego podobnego. Zaczęłam wciskać moje „C3589Y” i przekręcać gałkę w lewo. Drzwi nie ustąpiły. No to jeszcze raz, bo może za słabo wciskam. To „C” jakoś tak opornie chodzi.  C3589Y i gałką w lewo. Nic. Zaraz, a może pan powiedział „w prawo”? No to spróbujmy. C3589Y, w prawo, czyli w którą właściwie. Po piątej próbie otarłam pot z czoła i zaczęłam dumać. Nie dam rady, pokonała mnie Irlandia, trzeba wlec się na dół trzy pietra i błagać o pomoc. Ciekawe, czy pan się pofatyguje na górę, czy tylko będzie mi tłumaczył? I co z plecakiem? Brać na dół, nie brać? Nie chce mi się, z drugiej strony w nim dokumenty i pieniądze. No dobra, to można do kieszeni, a sam plecak zostawiam. I kurtkę. I polar. Cholera, zaraz się zsikam. Pochyliłam się do plecaka, wpakowałam do kieszeni paszport i portmonetkę, wyprostowałam się i odwracając się ku schodom, zawadziłam wzrokiem o drzwi. O ty ślepoto jedna! O ty kretynko! Dostałaś pokój numer 37, a szturmujesz drzwi 36.  Ja cię nigdy więcej nigdzie samej nie puszczę!
C3589Y i gałką w lewo. Otwarte. Gotowe. Teraz sikać, a reszta potem.
 
Pokój okazał się maleńki. I zachwycający. Z ukośnym sufitem po to już poddasze. Staroświeckie drewniane łóżko, kołdra w poszwie w barwne kwiaty. Jak się człowiek położył, to po prawej, już w nogach miał okno, a za oknem… a za oknem dachy. Dachy Dublina. Takie zwyczajne, szare, zero czerwonej dachówki, zero malowniczości i romantyzmu, ale mnie spodobały się nad wyraz. Rzeki nie było widać, bo okno nie wychodziło na front, tylko na bok, ale drące się mewy słychać było bardzo wyraźnie. Na niewielkim stoliczku stała niewielka plazma, a na półeczce poniżej czajnik elektryczny i zestaw herbaciano-kawowy. Z herbatniczkami.
 
Drzwi wejściowe od środka miały kolejną dziwaczną gałkę, której się początkowo bardzo przestraszyłam. Bo jak się zatrzasnę i nie będę potrafiła otworzyć? Przez długą chwilę trzymałam je uchylone, całkiem na poważnie rozważając, czy nie zostawić ich tak na cała noc, w końcu jednak stuknęłam się w główkę. Dwie noce z uchylonymi drzwiami? Nie przesadzaj. Głęboki wdech: zamknęłam, otworzyłam, zamknęłam. Da się? Da się.  No co ja zrobię, że panicznie się boję wszelkim zamków?
 
W międzyczasie zrobiło się koło 7 wieczorem. Po popełnieniu tylu głupstw na wszelki wypadek postanowiłam już nigdzie nie wychodzić. Bo znowu źle skręcę, drogę zgubię? Lepiej posiedzę sobie w moim przytulnym pokoiku, herbaty się napiję, stłamszoną bułkę przywiezioną z Polski zjem.  Przecież marzyło mi się skulić się pod kołdrą i nigdzie nie wychodzić. W czajniku nie wszystko kontaktowało, trzeba było cały czas trzymać palec na cynglu, bo inaczej przerywało, ale to już był drobiazg. Po dwóch filiżankach herbaty i prysznicu (dlaczego w kabinie nie ma półeczki na mydło; to takie niewygodne, za każdym razem odstawiać na podłogę i potem się schylać), zanurkowałam pod kołdrę w kwiaty. Trochę czytałam przywiezioną książkę, ale bardziej studiowałam plan miasta i wytyczałam najkrótszą, najprostszą drogę do Galerii, w której musiałam być o 9:50, bo na tę godzinę miałam bilet. Specjalnie sobie taki wybrałam, bo najwcześniejsze godziny były najtańsze; teraz zaczynałam się bać, że skoro śniadanie od 8, mogę nie zdążyć.
 
Aha, przedtem jeszcze przygotowałam sobie kilka karteczek z hasłem C3589Y i poupychałam po wszystkich możliwych kieszeniach – spodnie, polar, kurtka przeciwdeszczowa – na wszelki wypadek, gdybym miała zgubić kartkę naczelną, otrzymaną w recepcji. Przy tej okazji hasła nauczyłam się na pamięć i następnego dnia drzwi bezbłędnie otwierałam z pamięci. 

  • RSS